Żar z niba zamienił się na wodę z nieba. W Sudanie to chyba tak musi być: czarne albo białe, ze skrajności w skrajość. Pomijam fakt, że pochmurność wcale i ani odrobinę nie pasuje mi do tego miejsca.
Ale trzeba stawić czoło prawdzie: wielka woda nadchodzi i dała nam znać o swojej potędze wczoraj. Wielkiej wodzie towarzyszy jej kumpel - Szalony Wiart. Wiart (będę używała skrótu, bo podobno Szalony Wiatr woli jak się mówi o nim po prostu 'wiatr') wpadł do nas wczoraj razem z wodą i zalali nam camp. Podczas gdy woda zalewała namioty, biuro, ziemię i wszsytko co się rusza albo i nie rusza się wcale, wiart zerwał namioty razem z całą ich zawartością, łóżkami, szafami, wszystkimi sprzętami. Po prostu wyrwał je z podmokniętej ziemi.
Camp wyglądał jak pole po bitwie. Wszyscy odziali kaloszki i kurtki (!!!). Nawet skłoniłabym się ku stwierdzeniu, że nie było ciepło. Z resztą ciężko o ciepło jak się jest mega zmokniętym, wszędzie mokro, deszcz nie zostawił niczego co mogłoby chociaż sprawiać wrażenie suchości. I co ciekawe - klima też już nie jest aż tak potrzebna;)))
Jedynie pytanie kłębiące się w głowach - co będzie dalej jeśli pora deszczowa wita nas takim kataklizmem? No i ile wytrzymają te namioty? Czy w plan codziennych zajęć zaczniemy wpisywać wylewanie wody z namiotów i suszenie materacy?
No i druga sprawa - jakie jest prawdopodobieństwo, że w tym zawilgoconym świecie nie poumieramy na malarię, reumatyzm, zapalenia wszystkiego itp. Podejrzewam, że odpowiedzi przyjdą szybciej niż możnaby się spodziewać.
Plus jest taki, że po deszczu zawsze przychodzi słońce;))))
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie na campie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie na campie. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 19 kwietnia 2009
sobota, 28 marca 2009
Ganianie króliczka (albo kozła)
Powszechnym zwyczajem w miejscu, w którym obecnie przebywam, jest obdarowywanie ludzi, w ramach wdzięczności, kozłem. Żywym oczywiście, po to, żeby w dowolnie wybrany przez siebie sposób móc go zabić i zjeść w dowolnie wybranym przez siebie czasie.
Potrącenie czyjegoś kozła samochodem kosztuje 200 SDG (ok.80 USD), kupienie żywego - trochę mniej, bo około 150 SDG (ok. 60USD). Aby kupić kozła (broń boże kozicę!) należy wybrać się do specjalnie wyznaczonego do tego targu, na którym ludzie siedzą sobie ze swoimi zwierzętami, które chcą sprzedać w nadziei, że pieniądze które uzyskają pozwolą im przeżyć kolejny tydzień.
A my otrzymaliśmy polecenie kupić kozła żołnierzom, którzy strzegą naszego kampu, w prezencie oczywiście i wyrazach wdzięczności. No więc przy pomocy autochtona został wybrany dorodny kozioł i w bagażniku przywieziony na camp. Nikt jednak nie wpadł na to, że biedny kozioł doskonale zdaje sobie sprawę z tego jaki los go czeka i wybiegł w popłochu z samochodu szukając schroniania, albo raczej ucieczki.
I zaczęło się ganianie za kozłem po całym kampie. Zaganianie go w kozi róg nie wystarczyło. Zdawać by się mogło, że kozły doskonale znają pułapkę koziego rogu, z racji tego, że na co dzień obcują z kozicami. Więc to nic nie dało. Jedna osoba nie dogoniła kozła, okazał się zbyt sprytny. Dwie też miały problemy. Cała załoga została postawiona na nogi ażeby dogonić dziękczynne zwierzę. Część go ganiała, część zalewała się ze śmiechu, niektórzy zalewali się ze śmiechu ganiając go;)))))
Wreszcie, po ciężkich próbach i odrobinie ruchu, udało się zchwytać kozła! Za rogi:)
Trzymając go za rogi wręczyliśmy szefowi żołnierzy, a ten, biorąc go też za rogi, grzecznie podziękował i się nim zajął.
Zdaje się, że dziś wieczorem żołnierze będą świętować:)
Potrącenie czyjegoś kozła samochodem kosztuje 200 SDG (ok.80 USD), kupienie żywego - trochę mniej, bo około 150 SDG (ok. 60USD). Aby kupić kozła (broń boże kozicę!) należy wybrać się do specjalnie wyznaczonego do tego targu, na którym ludzie siedzą sobie ze swoimi zwierzętami, które chcą sprzedać w nadziei, że pieniądze które uzyskają pozwolą im przeżyć kolejny tydzień.
A my otrzymaliśmy polecenie kupić kozła żołnierzom, którzy strzegą naszego kampu, w prezencie oczywiście i wyrazach wdzięczności. No więc przy pomocy autochtona został wybrany dorodny kozioł i w bagażniku przywieziony na camp. Nikt jednak nie wpadł na to, że biedny kozioł doskonale zdaje sobie sprawę z tego jaki los go czeka i wybiegł w popłochu z samochodu szukając schroniania, albo raczej ucieczki.
I zaczęło się ganianie za kozłem po całym kampie. Zaganianie go w kozi róg nie wystarczyło. Zdawać by się mogło, że kozły doskonale znają pułapkę koziego rogu, z racji tego, że na co dzień obcują z kozicami. Więc to nic nie dało. Jedna osoba nie dogoniła kozła, okazał się zbyt sprytny. Dwie też miały problemy. Cała załoga została postawiona na nogi ażeby dogonić dziękczynne zwierzę. Część go ganiała, część zalewała się ze śmiechu, niektórzy zalewali się ze śmiechu ganiając go;)))))
Wreszcie, po ciężkich próbach i odrobinie ruchu, udało się zchwytać kozła! Za rogi:)
Trzymając go za rogi wręczyliśmy szefowi żołnierzy, a ten, biorąc go też za rogi, grzecznie podziękował i się nim zajął.
Zdaje się, że dziś wieczorem żołnierze będą świętować:)
niedziela, 25 stycznia 2009
Niedzielny spokój
Jest niedziela. Chwila wytchnienia.
W planach wycieczka nad Nil w celach rekreacyjno-opalaniowych. Niestety jak juz podnosiliśmy pupcie żeby je przenieść do samochodu przyjechali podwykonawcy i trzeba było zostać. Tak więc skończyło się na wycieczce do sklepu, jedynego supermarketu w stolicy Sudanu Południowego, całkiem przyzwoicie zaopatrzonego (mają tam nawet czapeczki do świętowania urodzin, ale niestety żółtego sera nie znalazłam:(). Przy tym przy całkiem szalonych cenach. Za płatki śniadaniowe przyszłoby zapłacić 35 zł. Sprawia to, że napradę uświadomiłam sobie, że nawet nie lubie płatków śniadaniowych;P
Za to nie mogłam powstrzymać się przed kupieniem przecieru pomidorowego (13,5 zł). Smakował ... mmm ciężko opisać;) Ale bardzo to miłe doświadczenie zajadać się przecierem pomidorowym:)
W planach wycieczka nad Nil w celach rekreacyjno-opalaniowych. Niestety jak juz podnosiliśmy pupcie żeby je przenieść do samochodu przyjechali podwykonawcy i trzeba było zostać. Tak więc skończyło się na wycieczce do sklepu, jedynego supermarketu w stolicy Sudanu Południowego, całkiem przyzwoicie zaopatrzonego (mają tam nawet czapeczki do świętowania urodzin, ale niestety żółtego sera nie znalazłam:(). Przy tym przy całkiem szalonych cenach. Za płatki śniadaniowe przyszłoby zapłacić 35 zł. Sprawia to, że napradę uświadomiłam sobie, że nawet nie lubie płatków śniadaniowych;P
Za to nie mogłam powstrzymać się przed kupieniem przecieru pomidorowego (13,5 zł). Smakował ... mmm ciężko opisać;) Ale bardzo to miłe doświadczenie zajadać się przecierem pomidorowym:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)