Budowa ministerstwa ucicha około 1 w nocy. Wszyscy panowie zabierają swoje sprzęty i znikają w ciemnościach.
Dosłownie znikają w ciemnościach, bo ich czarny kolor skóry sprawia, że trzeba strasznie wytężać wzrok, żeby ich dostrzec w nocy. Jak jeszcze nie daj boże założą twarzowe czarne wdzianko to poznać można że to ktoś idzie tylko po ewntualnym cieniu przezeń rzucanym na wysuszoną ziemię.
Ale kiedy już tak wszyscy znikną w ciemnościach swoich namiotów i nastanie cisza nie zakłócona przez żadną betoniarkę albo temu podobne narzędzia zbrodni, noc robi się przepiękna.
Noc w Jubie wydaje się być najpiękniejszą częścią dnia. Nagrzane powietrze pachnie słońcem, a owady zachęcone spadkiem temperatury rozwijają swoje skrzydła. Niebo jest chyba bardziej gwaździste niż w każdym innym miejscu na świecie, a z oddali słychać bębny i śpiewy tubylców tańczących przy ognisku. Gdzieniegdzie przebija się też Rihana z jakiejś miejscowej dyskoteki, na dowód tego, że kultura amerykańska dociera wszędzie;))))
I tak leżąc i patrząc w gwiazdy mam wrażnie, że jestem na księżycu... Wokoło pusto, nie ma nic, przestrzeń ogromna pokryta lekko przyaloną trawą i jasno jak w dzień, dlatego, że jest pełnia.
W takich momentach, w co wielu może nie uwierzyć, naprawdę doceniam ciszę;))))
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ola i jej myśli. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ola i jej myśli. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 10 lutego 2009
wtorek, 20 listopada 2007
Świat jest taki mały!
Wybrałyśmy się na zakupy świąteczne... Tak już czas, zwłaszcza, że paczka do Polski będzie szła z miesiąc!
W tym właśnie celu odwiedzona została jedna z głównych ulic zakupowych z pamiątkami - Insedong. Ale ponieważ mamy szczęście do spotykania nowych ludzi to jeszcze zanim dotarłyśmy na miejsce to w starszym Koreańczyku, widzącego nas z mapą, odezwał się instynkt Koreańczyka-pomocnika i zaprowadził nas w poszukiwane miejsce. Jak tylko dowiedział się, żeśmy dziewczyny prosto z Polski, zaczął mówić do nas po niemiecku;))) Informacje, że w Polsce mówimy po polsku nie bardzo do niego docierały. Naszczęście Iwona potrafi zrozumieć pojedyncze słowa, takie jak 'ale' i 'nic' więc dogadaliśmy się;))) Pan Koreańczyk dał nam milion folderów o filmach i dzielnicy Seoulu, w której akurat przebywaliśmy, nie zważając na fakt, że były one po koreańsku. Ale kogo to obchodzi - liczy się przecież gest;)
Wciągnął nas wir zakupów - od straganu do straganu, pałeczki, kubeczki, kolczyki i wszystkie te rzeczy, które oczywiście nikomu nie są potrzebne, przykuwały naszą uwagę. Będąc tak pochylona nad kupą przeróżności nagle zamarłam i natychmiast się wyprostowałam, jednocześnie obracając się. Cóż to mogło wywołać we mnie taką reakcję, przecież na codzień świecę przykładem spokoju i opanowania...;) Ale nie tym razem: usłyszałam język polski! Ludzie, z których wydobywały się dźwięki, chyba zauważyli mój niepokój, bo też się zatrzymali i patrzyliśmy sobie w oczy kilka sekund;)))
Po czym z mojej twarzy wydobył się dźwięk: 'Dzień dobry'.
Takie głupie 'dzień dobry' a łamie lody i już po kilku chwilach odkryliśmy, że mamy wspólnych znajomych...:) Zaraz potem pojawiła się obok polska mniszka i szybko pożałowałam, że wyjawiłam niektórych wspólnych znajomych, no ale mam nadzieje, że drzwi prowadzące na niedzielne mowy Dharmy nam się nie zamkną. Grupka Polaków okazała się, jak to się przedstawili: "Polskimi buddystami", którzy przyjechali do Korei na jakieśtam obchody czegośtam i różne uroczystości. Zaproponowali nam wycieczke do Hongkongu, a my takich rzeczy przecież nie odmawiamy;)))) Więc w ciągu tygodnia okaże się, czy znajomość z polskimi buddystami zakwitnie, czy też, jak przypuszczamy, umrze śmiercią naturalną.
Wniosek: nie jest ważne w co wierzysz, pewne rzeczy w ludziach są zawsze takie same, i to nie są te dobre rzeczy - ot, taki mały wnioseczek mi się nasunął po krótkiej rozmowie przepełnionej troche sztucznością, troche czymś, czego nie potrafie nazwać.
No i jeszcze, dla zaznaczenia obecności Iwony na tym blogu i jej udziału w powyższych wydarzeniach, sztandarowy tekst: "Dlaczego mi się to zdarza?" ;P
W tym właśnie celu odwiedzona została jedna z głównych ulic zakupowych z pamiątkami - Insedong. Ale ponieważ mamy szczęście do spotykania nowych ludzi to jeszcze zanim dotarłyśmy na miejsce to w starszym Koreańczyku, widzącego nas z mapą, odezwał się instynkt Koreańczyka-pomocnika i zaprowadził nas w poszukiwane miejsce. Jak tylko dowiedział się, żeśmy dziewczyny prosto z Polski, zaczął mówić do nas po niemiecku;))) Informacje, że w Polsce mówimy po polsku nie bardzo do niego docierały. Naszczęście Iwona potrafi zrozumieć pojedyncze słowa, takie jak 'ale' i 'nic' więc dogadaliśmy się;))) Pan Koreańczyk dał nam milion folderów o filmach i dzielnicy Seoulu, w której akurat przebywaliśmy, nie zważając na fakt, że były one po koreańsku. Ale kogo to obchodzi - liczy się przecież gest;)
Wciągnął nas wir zakupów - od straganu do straganu, pałeczki, kubeczki, kolczyki i wszystkie te rzeczy, które oczywiście nikomu nie są potrzebne, przykuwały naszą uwagę. Będąc tak pochylona nad kupą przeróżności nagle zamarłam i natychmiast się wyprostowałam, jednocześnie obracając się. Cóż to mogło wywołać we mnie taką reakcję, przecież na codzień świecę przykładem spokoju i opanowania...;) Ale nie tym razem: usłyszałam język polski! Ludzie, z których wydobywały się dźwięki, chyba zauważyli mój niepokój, bo też się zatrzymali i patrzyliśmy sobie w oczy kilka sekund;)))
Po czym z mojej twarzy wydobył się dźwięk: 'Dzień dobry'.
Takie głupie 'dzień dobry' a łamie lody i już po kilku chwilach odkryliśmy, że mamy wspólnych znajomych...:) Zaraz potem pojawiła się obok polska mniszka i szybko pożałowałam, że wyjawiłam niektórych wspólnych znajomych, no ale mam nadzieje, że drzwi prowadzące na niedzielne mowy Dharmy nam się nie zamkną. Grupka Polaków okazała się, jak to się przedstawili: "Polskimi buddystami", którzy przyjechali do Korei na jakieśtam obchody czegośtam i różne uroczystości. Zaproponowali nam wycieczke do Hongkongu, a my takich rzeczy przecież nie odmawiamy;)))) Więc w ciągu tygodnia okaże się, czy znajomość z polskimi buddystami zakwitnie, czy też, jak przypuszczamy, umrze śmiercią naturalną.
Wniosek: nie jest ważne w co wierzysz, pewne rzeczy w ludziach są zawsze takie same, i to nie są te dobre rzeczy - ot, taki mały wnioseczek mi się nasunął po krótkiej rozmowie przepełnionej troche sztucznością, troche czymś, czego nie potrafie nazwać.
No i jeszcze, dla zaznaczenia obecności Iwony na tym blogu i jej udziału w powyższych wydarzeniach, sztandarowy tekst: "Dlaczego mi się to zdarza?" ;P
niedziela, 4 listopada 2007
Uduchowiona niedziela:)
Piękna słoneczna niedziela... W Polsce 3 stopnie a my grzejemy dupcie:) No ale ponieważ to niedziela to najpierw nakarmiłyśmy żołądki (oczywiście typowo koreańskim żarciem w Burger Kingu, bo dostałyśmy książeczke ze zniżkami:)) a potem postanowiłyśmy zrobić coś dla duszy...
Iwona wygrzebała ze swojego "areału" (tak zdrobniale nazywa swój bałagan:P) ulotkę, którą dorwałyśmy kilka tygodni temu w drodze na siłownię. Ulotka dumnie zapraszała na "2007 Faith & Life Conference" organizowaną przez kościół prezbiteriański.
W sumie nigdy nie widziałyśmy takiego zjawiska jakim jest kościół prezbiteriański więc ciekawość wygrała:)
Trafiłyśmy na niewielką salę z mównicą i krzesłami, wypełnioną pojedyńczymi jednostkami ludzkimi. Ale bardzo miło nas przywitano pytaniem o kawe czy herbate no i o to czy wzięłyśmy ze sobą Biblię. Po minie Iwony było widać: "Ola w co ty nas znowu wpakowałaś?" Ale skoro powiedziałyśmy A to trzeba było też powiedzieć: Nie mamy Biblii:P I dostałyśmy egzemplarz dyżurny:)
1,5h analizowania wersów Bibli i powtarzania tego, że Bóg nas kocha pomogło mi jedynie utwierdzić się w przekonaniu, że każda religia żywi się tym samym, tylko używa do tego nieco innych technik i innych przenośni... Jest coś/ktoś - przestrzeń, pustka, Bóg, Allah czy Budda, jak byśmy to sobie nazwali i jesteśmy my - marne ciałka, które prędzej czy później umrą. Problem polega na poczuciu, że jesteśmy częścią tego czegoś/kogoś. I nazywajmy to jak chcemy. Religia to opium dla ludu (idąc za słowami Marksa). Tylko czekałam aż na końcu wszyscy zaczną się przytulać i sobie dziękować, za to że są:))) Na szczęście przytulanie nas ominęło, a podziękować podziękowałyśmy i zostałyśmy zaproszone na za tydzień:))) hehe. Niestety mordercza godzina 10:30 rano w niedzielę nie brzmi zachęcająco, a wręcz rzekłabym, że jest niemożliwa do osiągnięcia dla biednych studentek uczących się po nocach;))))
W następną niedzielę czeka nas więc duchowa śmierć i żołądkowa też (biorąc pod uwage niewykorzystane książeczki zniżkowe).
Iwona wygrzebała ze swojego "areału" (tak zdrobniale nazywa swój bałagan:P) ulotkę, którą dorwałyśmy kilka tygodni temu w drodze na siłownię. Ulotka dumnie zapraszała na "2007 Faith & Life Conference" organizowaną przez kościół prezbiteriański.
W sumie nigdy nie widziałyśmy takiego zjawiska jakim jest kościół prezbiteriański więc ciekawość wygrała:)
Trafiłyśmy na niewielką salę z mównicą i krzesłami, wypełnioną pojedyńczymi jednostkami ludzkimi. Ale bardzo miło nas przywitano pytaniem o kawe czy herbate no i o to czy wzięłyśmy ze sobą Biblię. Po minie Iwony było widać: "Ola w co ty nas znowu wpakowałaś?" Ale skoro powiedziałyśmy A to trzeba było też powiedzieć: Nie mamy Biblii:P I dostałyśmy egzemplarz dyżurny:)
1,5h analizowania wersów Bibli i powtarzania tego, że Bóg nas kocha pomogło mi jedynie utwierdzić się w przekonaniu, że każda religia żywi się tym samym, tylko używa do tego nieco innych technik i innych przenośni... Jest coś/ktoś - przestrzeń, pustka, Bóg, Allah czy Budda, jak byśmy to sobie nazwali i jesteśmy my - marne ciałka, które prędzej czy później umrą. Problem polega na poczuciu, że jesteśmy częścią tego czegoś/kogoś. I nazywajmy to jak chcemy. Religia to opium dla ludu (idąc za słowami Marksa). Tylko czekałam aż na końcu wszyscy zaczną się przytulać i sobie dziękować, za to że są:))) Na szczęście przytulanie nas ominęło, a podziękować podziękowałyśmy i zostałyśmy zaproszone na za tydzień:))) hehe. Niestety mordercza godzina 10:30 rano w niedzielę nie brzmi zachęcająco, a wręcz rzekłabym, że jest niemożliwa do osiągnięcia dla biednych studentek uczących się po nocach;))))
W następną niedzielę czeka nas więc duchowa śmierć i żołądkowa też (biorąc pod uwage niewykorzystane książeczki zniżkowe).
wtorek, 30 października 2007
Jak wzbudzić nienawiść?
Seodaemun Prison - więzienie, które spełnia tu rolę naszego Oświęcimia, tylko że z czasów okupacji japońskiej. Dość drastyczne, pokazujące tortury, malutkie cele, wyznania świadków, filmy z torturami i wyrokami śmierci. Coprawda Japończycy nie gazowali ludzi, tylko pojedynczo wieszali ich w specjalnie do tego przeznaczonym budynku egzekucji, ale i tak więzienie robi wrażenie.
Jeszcze większe wrażenie, do tego negatywne, robi to, że oprócz nas nie było tam w sumie nikogo za wyjątkiem kilku wycieczek przedszkolaków, które panie wychowawczynie ciągały po piwnicach z makietami tortur, opowiadając zapewne, jakie to straszne rzeczy ci wstrętni Japończycy wyczyniali dla "patriotic ancestors" (tak na każdej tablicy informacyjnej były nazywane ofiary - patriotyczni przodkowie).
Podejrzewam, że wizyta w więzieniu jest częścią programu przedszkol, czy też pierwszych klas podstawówek. I tak, od najmłodszych lat Koreańczycy uczeni są patriotyzmu w wydaniu "nienanawidzimy wroga".
W jakim wieku pierwszy raz byliście w Oświęcimiu?
Jeszcze większe wrażenie, do tego negatywne, robi to, że oprócz nas nie było tam w sumie nikogo za wyjątkiem kilku wycieczek przedszkolaków, które panie wychowawczynie ciągały po piwnicach z makietami tortur, opowiadając zapewne, jakie to straszne rzeczy ci wstrętni Japończycy wyczyniali dla "patriotic ancestors" (tak na każdej tablicy informacyjnej były nazywane ofiary - patriotyczni przodkowie).
Podejrzewam, że wizyta w więzieniu jest częścią programu przedszkol, czy też pierwszych klas podstawówek. I tak, od najmłodszych lat Koreańczycy uczeni są patriotyzmu w wydaniu "nienanawidzimy wroga".
W jakim wieku pierwszy raz byliście w Oświęcimiu?
wtorek, 2 października 2007
Siła wody
"Wojownik światła bywa czasami niczym woda. Prześlizguje się pomiędzy licznymi przeszkodami, jakimi usłana jest jego droga. Czasami stawianie oporu znaczy tyle co unicestwienie, więc wojownik dostosowuje się do okoliczności. Godzi się - bez cienia skargi - by przez góry wiódł go kamienisty szlak. W tym właśnie tkwi siła wody. Żaden młot nie jest w stanie jej roztrzaskać, ani nóż zranić. Cięcie najostrzejszej szabli nie pozostawia na niej śladu. Woda w rzece dostosowuje się do rzeźby terenu, nigdy nie zapominając o celu, do którego dąży - o morzu. Nieśmiała u źródła, czerpie powoli siłę z napotkanych potoków. I w końcu nabiera potężnej mocy."
Paulo Coelho

(w drodze na Baekundae, 22.09.2007)
Paulo Coelho

(w drodze na Baekundae, 22.09.2007)
wtorek, 11 września 2007
What's the hell?
Ta Korea i ten Seul to mi sie na głowe troszke rzuca. Dlaczego?
1. Wchodze do drugiego świata przez kratke od grilla, gdzie walcze z potworem, a mojej kolezance swidruja glowe na wylot, po czym dzwoni do mnie i mowi ze przeszla na druga strone, tez przez kratke od grilla.
2. Po miescie lataja modercy, ktorzy chca zabic mojego tate a ja go ratuje, kiedy ma przystawiony pistolet do glowy. Ratunek polegal na wypiciu szklanki piwa.
3. W stroju teletubisia uczestnicze w akcji NASA polegajacej na bombardowaniu Marsa.
To sa sny z moich ostatnich trzech dni. Powinnam sie leczyc? :P Czy moze wracac do domu? :P
1. Wchodze do drugiego świata przez kratke od grilla, gdzie walcze z potworem, a mojej kolezance swidruja glowe na wylot, po czym dzwoni do mnie i mowi ze przeszla na druga strone, tez przez kratke od grilla.
2. Po miescie lataja modercy, ktorzy chca zabic mojego tate a ja go ratuje, kiedy ma przystawiony pistolet do glowy. Ratunek polegal na wypiciu szklanki piwa.
3. W stroju teletubisia uczestnicze w akcji NASA polegajacej na bombardowaniu Marsa.
To sa sny z moich ostatnich trzech dni. Powinnam sie leczyc? :P Czy moze wracac do domu? :P
czwartek, 23 sierpnia 2007
Pociag relacji Bialystok-Warszawa
Tutaj mozesz spotkac kazdego, przekroj spoleczenstwa…
Czekam na peronie, prawdopodobienstwo, ze ktos mnie pozna w ciagu 3 lat drastycznie spadlo. Czlowiek, ktory znal mnie bardzo dobrze, z ktorym spedzilam kupe swojej licealnej mlodosci, mija mnie patrzac mi w twarz i nie poznaje… Odszedl na druga strone ulicy. Wybieram jego numer… ”Odwroc sie, minales mnie…” – “O kurcze, ktora to ty?”.
Ale wracajac do pociagu… Na peronie mija mnie znajoma twarz, troszke pelniejsza, tak samo pewna siebie jak kiedys. “Ola? Kurcze ledwo cie poznalem!” Co tu robisz? Dokad jedziesz? Co slychac? On kieruje sie do pierwszej klasy, kurcze, jezdzisz pierwsza klasa? A co? Po co mam sie cisnac? Od roku pracuje w Londynie, przyjezdza zarobiony na wakacje i wraca do pracy… Krotka wymiana zdan, spieszy sie, po co zatrzymywac sie nadluzej niz na 2 minuty?
Przedzial dla palacych. Tylko tu sa jeszcze wolne miejsca, mimo ze srodek tygodnia. Kazdy zmeczony, million spraw w glowie, kazdy jedzie z olbrzymim bagazem problemow i tylko z rozmow telefonicznych wywnioskowac mozna jak jest ciezko… Ale kazdy usmiechniety, czeka zeby zaczac rozmowe, 2,5 godziny trzeba sobie umilic, pochwalic sie, porozmawiac o burzy nad plockiem, o zyciu, jakie jest ciezkie i jak wszystko jest drogie, bardzo drogie, placisz za marke, itede itepe.
Ciezki jest zywot przecietnego polaka. Z socjala nikt nie wyzyje, ledwo za prad zaplacisz, a w danii, ooo w danii to inna gadka, tam z socjala zyjesz jak pan, nic tylko jechac do danii… A w szwajcarii, ooo to dopiero zycie, kolezanka tam pracuje za barem i po 6 tygodniach przywozi 12 tys zl. Postawila sobie dom, kupila mieszkanie, 2 samochody… Ale dziewczyna potrafi sobie poradzic… Jak szefa nie ma kupuje whisky w normalnym sklepie, wiedzac ze przebitka jest dzisieciokrotna i nalewa spod baru, nie wbijajac na kase… Gdyby nie to, przywozilaby 2 razy mniej.
Placisz za marke? Na to tez jest sposob… Kupujesz oryginalne buty na stadionie, albo na litwie, tylko z malym defektem i niesiesz do sklepu firmowego z reklamacja. Nowe buty? Nie, dziekuje, oddajcie mi pieniadze i nic wiecej u was nie kupie! Ale w Suwalkach sie juz wycwanili, sprawdzaja bardzo dokladnie czy buty ktore kupujesz i zwracasz sa tymi samymi butami… Tam to juz sie nie da robic takich numerow…
Za to mozna pojechac w 10 osob do holandii, skrzyknac kumpli, zamieszkac razem w jednoosobowym pokoju i pracowac tylko 8 godzin dziennie za 8 euro za godzine. To ze zycie tam drozsze to nikogo nie obchodzi… wszystko idzie ze wspolnego garnka, jedna osoba zostaje w obozie i gotuje, a reszta zrzuca sie mu na dniowke… zycie tansze niz w polsce…
No i najwazniejsze to miec znajomosci. Przemyt to najlepszy biznes wiec zaprzyjazniajmy sie z przemytnikami… samochody, sprzety domowe, nawet przyprawy z ameryki poludniowej… mozesz miec wszystko…
Najgosze tylko jest to, ze w domu bywasz raz na 3 miesiace, nie masz czasu na nic, ale zarabiasz, jakos wiazesz koniec z koncem… Taki to ten krwiozerczy kapitalizm, za komuny to czlowiek przynajmniej dostal co mu sie nalezalo i jakos zyl.
Twarze przyjazne, sympatyczne…
Polak potrafi.
Czekam na peronie, prawdopodobienstwo, ze ktos mnie pozna w ciagu 3 lat drastycznie spadlo. Czlowiek, ktory znal mnie bardzo dobrze, z ktorym spedzilam kupe swojej licealnej mlodosci, mija mnie patrzac mi w twarz i nie poznaje… Odszedl na druga strone ulicy. Wybieram jego numer… ”Odwroc sie, minales mnie…” – “O kurcze, ktora to ty?”.
Ale wracajac do pociagu… Na peronie mija mnie znajoma twarz, troszke pelniejsza, tak samo pewna siebie jak kiedys. “Ola? Kurcze ledwo cie poznalem!” Co tu robisz? Dokad jedziesz? Co slychac? On kieruje sie do pierwszej klasy, kurcze, jezdzisz pierwsza klasa? A co? Po co mam sie cisnac? Od roku pracuje w Londynie, przyjezdza zarobiony na wakacje i wraca do pracy… Krotka wymiana zdan, spieszy sie, po co zatrzymywac sie nadluzej niz na 2 minuty?
Przedzial dla palacych. Tylko tu sa jeszcze wolne miejsca, mimo ze srodek tygodnia. Kazdy zmeczony, million spraw w glowie, kazdy jedzie z olbrzymim bagazem problemow i tylko z rozmow telefonicznych wywnioskowac mozna jak jest ciezko… Ale kazdy usmiechniety, czeka zeby zaczac rozmowe, 2,5 godziny trzeba sobie umilic, pochwalic sie, porozmawiac o burzy nad plockiem, o zyciu, jakie jest ciezkie i jak wszystko jest drogie, bardzo drogie, placisz za marke, itede itepe.
Ciezki jest zywot przecietnego polaka. Z socjala nikt nie wyzyje, ledwo za prad zaplacisz, a w danii, ooo w danii to inna gadka, tam z socjala zyjesz jak pan, nic tylko jechac do danii… A w szwajcarii, ooo to dopiero zycie, kolezanka tam pracuje za barem i po 6 tygodniach przywozi 12 tys zl. Postawila sobie dom, kupila mieszkanie, 2 samochody… Ale dziewczyna potrafi sobie poradzic… Jak szefa nie ma kupuje whisky w normalnym sklepie, wiedzac ze przebitka jest dzisieciokrotna i nalewa spod baru, nie wbijajac na kase… Gdyby nie to, przywozilaby 2 razy mniej.
Placisz za marke? Na to tez jest sposob… Kupujesz oryginalne buty na stadionie, albo na litwie, tylko z malym defektem i niesiesz do sklepu firmowego z reklamacja. Nowe buty? Nie, dziekuje, oddajcie mi pieniadze i nic wiecej u was nie kupie! Ale w Suwalkach sie juz wycwanili, sprawdzaja bardzo dokladnie czy buty ktore kupujesz i zwracasz sa tymi samymi butami… Tam to juz sie nie da robic takich numerow…
Za to mozna pojechac w 10 osob do holandii, skrzyknac kumpli, zamieszkac razem w jednoosobowym pokoju i pracowac tylko 8 godzin dziennie za 8 euro za godzine. To ze zycie tam drozsze to nikogo nie obchodzi… wszystko idzie ze wspolnego garnka, jedna osoba zostaje w obozie i gotuje, a reszta zrzuca sie mu na dniowke… zycie tansze niz w polsce…
No i najwazniejsze to miec znajomosci. Przemyt to najlepszy biznes wiec zaprzyjazniajmy sie z przemytnikami… samochody, sprzety domowe, nawet przyprawy z ameryki poludniowej… mozesz miec wszystko…
Najgosze tylko jest to, ze w domu bywasz raz na 3 miesiace, nie masz czasu na nic, ale zarabiasz, jakos wiazesz koniec z koncem… Taki to ten krwiozerczy kapitalizm, za komuny to czlowiek przynajmniej dostal co mu sie nalezalo i jakos zyl.
Twarze przyjazne, sympatyczne…
Polak potrafi.
środa, 8 sierpnia 2007
Moglabym tu zostac
... mimo tej sztucznosci i obludy i wszelkiej nienormalnosci, o ktorej tak sie rozpisywalam w pierwszych notkach. Nawet chcialabym tu zostac, wiesc spokojne, wygodne zycie, przejechac ameryke wzdluz i wszerz, jesc meksykanskie zarcie i usmiechac sie do ludzi na ulicy. Im blizej wyjazdu tym bardziej mi smutno. Czuje jakby to byl tydzien a nie dwa miesiace.
Oczywiscie byly momenty lepsze i gorsze, ale generalnie to na plus;]
No ale mam jeden maly problem: jesli ja tu zostaje to wy przyjezdzacie do mnie, bo inaczej to sie nie da na dluzsza mete. Substytuty przyjaciol zdaja egzamin tylko przez kilka dni. Pod slowem 'substytuty' kryje sie wiele znaczen, ale wszystkie sa tak samo zawodne.
No i jest jeszcze druga sprawa: mam do spelnienia misje poznawania swiata, hyhy, jak Kapitan Planeta. Wiec za tydzien macham do Chicago z samolotu na pozegnanie i zaczynam robic liste rzeczy do spakowania do Korei. Kurcze to bedzie tylko 20 kg.... nie wiem jak to zrobie.. przydalby sie Harry Potter:P
Oczywiscie byly momenty lepsze i gorsze, ale generalnie to na plus;]
No ale mam jeden maly problem: jesli ja tu zostaje to wy przyjezdzacie do mnie, bo inaczej to sie nie da na dluzsza mete. Substytuty przyjaciol zdaja egzamin tylko przez kilka dni. Pod slowem 'substytuty' kryje sie wiele znaczen, ale wszystkie sa tak samo zawodne.
No i jest jeszcze druga sprawa: mam do spelnienia misje poznawania swiata, hyhy, jak Kapitan Planeta. Wiec za tydzien macham do Chicago z samolotu na pozegnanie i zaczynam robic liste rzeczy do spakowania do Korei. Kurcze to bedzie tylko 20 kg.... nie wiem jak to zrobie.. przydalby sie Harry Potter:P
Subskrybuj:
Posty (Atom)