Wiem, że ostatnio dość dużo miejsca reklamowego poświęcam na alkohol, ale jest to dość charakterystyczne w Korei więc warto wspomnieć o wczorajszej "przygodzie".
Po egzaminie, który okazał się trudniejszy niż ktokolwiek myślał, dzielne Bohaterki bloga udały się na spotkanie z koreańskimi kolegami, którzy również próbowali zaliczyć przeklęty egzamin. Zastałyśmy ich w koreańskiej restauracji nad butelką Jacka Danielsa (co było bardzo zadziwiające, gdyż bardziej prawdopodobne byłoby zobaczyć ich z polskim piwem niż z Jackiem!). Soju, ku naszemu zdziwieniu nie było na stole, ale za to obok Jacka stało piwo. Okazało się, że nasi dostojni koledzy postanowili sponiewierać się mieszanką Jacka z piwem, pijąc do dna szklankę piwa z zatopioną w środku pięćdziesiątką whiskey. Jak to podkreślili: to magiczna formuła alkoholowa, a w dodatku "odświeżająca".
Okazało się, że koreańskiego kolegę prawnika odświeżyło na tyle, że po wyjściu z restauracji potknęłyśmy się o niego, leżącego na ulicy. Zaraz drugi przybiegł na ratunek i zaciągnął kolegę do taksówki (sam nie czując się przy tym najlepiej). Zaciąganie kolegów jest typowym zjawiskiem w weekendowe nocy. Bardzo często można się tu natknąć na obejmujących się (w ramach utrzymania równowagi) mężczyzn.
Wniosek? Lepiej jak Koreańczycy nie tworzą magicznych formuł tylko piją swoje soju;))))
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą party time. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą party time. Pokaż wszystkie posty
piątek, 21 grudnia 2007
sobota, 1 grudnia 2007
Wyższość Korei nad Stanami
Dostrzegam bardzo znaczącą różnicę między dwoma krajami wymienionymi w temacie - z korzyścią dla Korei.
W Stanach wyganiali mnie z klubu zazwyczaj najpóźniej (co zdarzyło się tylko raz, bo zazwyczaj wcześniej spotykała mnie ta nieprzyjemność) o 4 rano. A przecież powszechnie wiadomo, że wtedy dopiero zaczyna się prawdziwa zabawa: na parkiecie pojawiają się wolne przestrzenie, że człowiej już nie tańczy podrygując jak śledź w puszcze, ale wreszcie może dać upust swoim namiętnościom drzemiącym w środku i wymachać się rękami, nogami, pupą i włosami;))) A tutaj, w Seoulu, nikt nie zwraca na to uwagi - o 4 to było najwcześniej, kiedy grzecznie poproszono nas o wyjście i to z wielkim poczuciem winy, dając nam na drogę lody sorbet, żeby nie było nam przykro...
A kluby... Pisałam już o Club Day'u - imprezie do rana z szalonymi Koreańczykami. Podobnie wczoraj - wytańczyłam się za wszystkie czasy i przyzwoicie wróciłam do akademika, podkreślam - porządnie wytańczona (czego okazuje się potrzebowałam najbardziej na świecie) o przyzwoitej 7. Przynajmniej nie trzeba było wracać po nocy, korki też nie były jakieś duże (bo sobota i nie wszyscy pracują;P). I grzecznie poszłam na spoczynek.
Niech żyje clubbing do białego rana! Niech żyją kluby otwarte do ostatniego klienta!!! Jeeee.
Duży ukłon w stronę koreańskich klubów i wielki jęzor w stronę amerykańskich;)
W Stanach wyganiali mnie z klubu zazwyczaj najpóźniej (co zdarzyło się tylko raz, bo zazwyczaj wcześniej spotykała mnie ta nieprzyjemność) o 4 rano. A przecież powszechnie wiadomo, że wtedy dopiero zaczyna się prawdziwa zabawa: na parkiecie pojawiają się wolne przestrzenie, że człowiej już nie tańczy podrygując jak śledź w puszcze, ale wreszcie może dać upust swoim namiętnościom drzemiącym w środku i wymachać się rękami, nogami, pupą i włosami;))) A tutaj, w Seoulu, nikt nie zwraca na to uwagi - o 4 to było najwcześniej, kiedy grzecznie poproszono nas o wyjście i to z wielkim poczuciem winy, dając nam na drogę lody sorbet, żeby nie było nam przykro...
A kluby... Pisałam już o Club Day'u - imprezie do rana z szalonymi Koreańczykami. Podobnie wczoraj - wytańczyłam się za wszystkie czasy i przyzwoicie wróciłam do akademika, podkreślam - porządnie wytańczona (czego okazuje się potrzebowałam najbardziej na świecie) o przyzwoitej 7. Przynajmniej nie trzeba było wracać po nocy, korki też nie były jakieś duże (bo sobota i nie wszyscy pracują;P). I grzecznie poszłam na spoczynek.
Niech żyje clubbing do białego rana! Niech żyją kluby otwarte do ostatniego klienta!!! Jeeee.
Duży ukłon w stronę koreańskich klubów i wielki jęzor w stronę amerykańskich;)
sobota, 1 września 2007
Korean clubbing
Ostatni piatek miesiaca dla kazdego koreanczyka oznacza niezla zabawe, no i nie tylko dla koreanczyka... dla nas tez:]
15 dolarow, 15 klubow - podjelismy wyzwanie. Dziwna rzecz ze moglismy wybrac miedzy techno a hip hopem, oni chyba tylko tego sluchaja... plus niezapomniany widok koreanczkow ubranych w lancuchy i ciuchy w rozmiarach XXXXL.
Kiepska klimatyzacja, ale zabawa w deche! 4 kluby zaliczone, milion ludzi spotkany (z przewaga amerykancow, ale znajdze sie tez francuski murzyn), w łózku o 8 rano:]]] To jest to!!!
A potem, w ramach odnowy organizmu wycieczka do mogiok, czyli bardzo popularnego rodzaju łazni. Na wstepie przyodzialismy ubranka a la Klub Tęcza i hurraaa - spanko w saunie o zapachu miodu, mmmm. Potem moczenie w cieplych basenach (oczywiscie nago), prysznic, walka ze spojrzeniami zaciekawionych koreanskich kobiet i totalny chillout. Ehhh, piekne sobotnie popoludnie:]]]
15 dolarow, 15 klubow - podjelismy wyzwanie. Dziwna rzecz ze moglismy wybrac miedzy techno a hip hopem, oni chyba tylko tego sluchaja... plus niezapomniany widok koreanczkow ubranych w lancuchy i ciuchy w rozmiarach XXXXL.
Kiepska klimatyzacja, ale zabawa w deche! 4 kluby zaliczone, milion ludzi spotkany (z przewaga amerykancow, ale znajdze sie tez francuski murzyn), w łózku o 8 rano:]]] To jest to!!!
A potem, w ramach odnowy organizmu wycieczka do mogiok, czyli bardzo popularnego rodzaju łazni. Na wstepie przyodzialismy ubranka a la Klub Tęcza i hurraaa - spanko w saunie o zapachu miodu, mmmm. Potem moczenie w cieplych basenach (oczywiscie nago), prysznic, walka ze spojrzeniami zaciekawionych koreanskich kobiet i totalny chillout. Ehhh, piekne sobotnie popoludnie:]]]
środa, 29 sierpnia 2007
Soju noca:]
Pierwsza wycieczka. Coprawda kilkaset metrow od kampusu, ale tez bylo smiesznie.
Chcialysmy sprobowac ichniejszego soju /czyt. sodżu/, czyli trunku o niewielkiej zawartosci alkoholu i smaku podobnego do sake.

Na ulicy wszedzie bary i wszyscy jedza. Jak wiec to zrobic zeby nie jesc, bo w koncu glodne nie bylysmy, tylko napic sie tego specyfiku? Wiec po angielsku to niewiele mozna zdzialac:
-Can we only drink here without eating?
-Yes, yes
Wiec siadamy i zagladamy do menu a kelner przynosi nam apetizer, talerze, łyźki i paleczki.... hmmm
- We don't eat...
- Aaaa you have to eat
:P Pelne zrozumienie;P
Ale w koncu znalazlysmy HOF, czyli miejsce gdzie mozna tylko pic. No nie do konca jak sie okazalo, bo z miejsca bylysmy atakowane jajkami smazonymi, chrupkami i widelcami:P Ale udalo sie! Soju sprobowane!
Chcialysmy sprobowac ichniejszego soju /czyt. sodżu/, czyli trunku o niewielkiej zawartosci alkoholu i smaku podobnego do sake.

Na ulicy wszedzie bary i wszyscy jedza. Jak wiec to zrobic zeby nie jesc, bo w koncu glodne nie bylysmy, tylko napic sie tego specyfiku? Wiec po angielsku to niewiele mozna zdzialac:
-Can we only drink here without eating?
-Yes, yes
Wiec siadamy i zagladamy do menu a kelner przynosi nam apetizer, talerze, łyźki i paleczki.... hmmm
- We don't eat...
- Aaaa you have to eat
:P Pelne zrozumienie;P
Ale w koncu znalazlysmy HOF, czyli miejsce gdzie mozna tylko pic. No nie do konca jak sie okazalo, bo z miejsca bylysmy atakowane jajkami smazonymi, chrupkami i widelcami:P Ale udalo sie! Soju sprobowane!
poniedziałek, 9 lipca 2007
To byly chyba najsmutniejsze urodziny. A jezeli nie najsmutniejsze to na pewno inne.
Siedzac sama przy barze przeklinalam bogu ducha winna ameryke i los. Po co ja tu przyjechalam? Tesknota, zwlaszcza w takich chwilach, jest jak choroba zzerajaca cie od srodka.
A na dodatek jak prosze o moje ulubione martini z wodka to daja mi vodka martini, czyli wode wymieszania z wodka:( Masakra. CHce do domu!
Po jakims czasie do baru dosiadly sie dwie amerykanki. Kwiaty lezace kolo mnie staly sie dla nich pretekstem do rozmowy. Jedna z nich okazala sie byc polka, znaczy "polskiego pochodzenia" bo z polskosci nic w sobie nie miala oprocz tego ze potrafila powiedziec: 'piwo', 'na zdrowie' i 'jak sie masz'. Smiesznie.
Sytuacja odwrocila sie o 180 stopni po 40 min. Do baru wkroczyli znajomi z pracy, a zaraz potem Ula ze swita. Zrobilo sie jak w prawdziwe urodziny, nawet ten pub nie byl tak bardzo amerykanski. Co prawda drink baru, w ktorym od kilku ostatnich lat spedzialam ten dzien, w niczym on nie przypominal, ale juz nie bylam sama.
I tak w glowie mialam ludzi, bez ktorych ten dzien to nie to samo i mam nadzieje ze wy tez o mnie mysleliscie. dzieki wszystkim za pamiec;]
Siedzac sama przy barze przeklinalam bogu ducha winna ameryke i los. Po co ja tu przyjechalam? Tesknota, zwlaszcza w takich chwilach, jest jak choroba zzerajaca cie od srodka.
A na dodatek jak prosze o moje ulubione martini z wodka to daja mi vodka martini, czyli wode wymieszania z wodka:( Masakra. CHce do domu!
Po jakims czasie do baru dosiadly sie dwie amerykanki. Kwiaty lezace kolo mnie staly sie dla nich pretekstem do rozmowy. Jedna z nich okazala sie byc polka, znaczy "polskiego pochodzenia" bo z polskosci nic w sobie nie miala oprocz tego ze potrafila powiedziec: 'piwo', 'na zdrowie' i 'jak sie masz'. Smiesznie.
Sytuacja odwrocila sie o 180 stopni po 40 min. Do baru wkroczyli znajomi z pracy, a zaraz potem Ula ze swita. Zrobilo sie jak w prawdziwe urodziny, nawet ten pub nie byl tak bardzo amerykanski. Co prawda drink baru, w ktorym od kilku ostatnich lat spedzialam ten dzien, w niczym on nie przypominal, ale juz nie bylam sama.
I tak w glowie mialam ludzi, bez ktorych ten dzien to nie to samo i mam nadzieje ze wy tez o mnie mysleliscie. dzieki wszystkim za pamiec;]
wtorek, 26 czerwca 2007
Bar Chicago
Kolejny szok kulturowy...
Wchodze do klubu, w ktorym Amerykanie maja zwyczaj sie bawic. Popularny klub na Division Ave, ulicy pelnej klubow.
I udarza mnie, od samego wejscia jeden wielki syf i burdel. Stalam i sie gapilam, serio, jak na zjawisko przyrodnicze:
-wszedzie walaja sie miliony chusteczek papierowych
-kazdy jest pijany na maxa
-grube Amerykanki tancza na barze a kelner krzyczy tylko zeby nie tanczyly na boso
-co chwila sa konkursy w stylu Franka de Tanka (dla niewtajemniczonych: wlewanie sobie piwa do przelyku przez gruba rure:P)
-godzinna kolejka do lazienki!!!
-generalnie bydlo po godzinach:]

W pamiec zapadla mi dziewczyna (gruba Amerykanka) w atlasowej rozowej koszulce, podkreslajacej jej ksztalty, ktora wieszala sie na kazdym kolesiu ktory znalazl sie w zasiegu jej pulchnej dloni:P Absolutnie nic nie mam do grubosci:P pewnie sama sie nie zmieszcze w drzwiach samolotu jak bede wracala:P
A najgorsze bylo to, ze o 3;45 wszystkich wygonili, bo to najwyzszy czas na zamkniecie klubu, ehhh:(
Ale dobrze sie bawilam, tylko ze bardzo krotko. Znak, ze sie przyzwyczajam, albo lubie smakowac innych kultur:P
Wchodze do klubu, w ktorym Amerykanie maja zwyczaj sie bawic. Popularny klub na Division Ave, ulicy pelnej klubow.
I udarza mnie, od samego wejscia jeden wielki syf i burdel. Stalam i sie gapilam, serio, jak na zjawisko przyrodnicze:
-wszedzie walaja sie miliony chusteczek papierowych
-kazdy jest pijany na maxa
-grube Amerykanki tancza na barze a kelner krzyczy tylko zeby nie tanczyly na boso
-co chwila sa konkursy w stylu Franka de Tanka (dla niewtajemniczonych: wlewanie sobie piwa do przelyku przez gruba rure:P)
-godzinna kolejka do lazienki!!!
-generalnie bydlo po godzinach:]
W pamiec zapadla mi dziewczyna (gruba Amerykanka) w atlasowej rozowej koszulce, podkreslajacej jej ksztalty, ktora wieszala sie na kazdym kolesiu ktory znalazl sie w zasiegu jej pulchnej dloni:P Absolutnie nic nie mam do grubosci:P pewnie sama sie nie zmieszcze w drzwiach samolotu jak bede wracala:P
A najgorsze bylo to, ze o 3;45 wszystkich wygonili, bo to najwyzszy czas na zamkniecie klubu, ehhh:(
Ale dobrze sie bawilam, tylko ze bardzo krotko. Znak, ze sie przyzwyczajam, albo lubie smakowac innych kultur:P
Subskrybuj:
Posty (Atom)