Ola in Big City

You only live once, but if you do it right, once is enough.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sudan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sudan. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 sierpnia 2009

Dzikość serca

Clubbing w Rwandzie jest bardzo ciekawym doświadczeniem z serii "imprezy świata'. Dłuuugo by opowiadać o miejscach, które odwiedziłam wczorajszej nocy i ludzi, których spotkałam, dostając przy okazji zaproszenie na dwa rwandyjskie wesela w piątek i sobote;) Sezon weselny rozpoczęty. Zapowiada się dłuuuugi weekend;)

Oczywiście przy poznawaniu ludzi następuje grzecznościowa wymiana zdan w stylu skąd jesteś, co tu robisz bla bla bla.
Jedna kiedy odpowiadam, że przyjechałam z Juby, z Sudanu, Rwandyjczycy robią wielkie oczy, a ich wyraz twarzy mówi: 'wariatka!'.

Z dziesiątek ludzi, których wczoraj poznałam nikt nigdy nie był w Sudanie, który kojarzony jest z pustynią i czarną dupą (nieznacznie mija się to z prawdą;P). Ja natomiast, jako osoba, która spędziła tam pare dobrych miesięcy, zostałam uznana za twardą sztukę z dużym uzależnieniem od adrenaliny i hadkoru.

No coż, jeśli w Afryce tak postrzegany jest Sudan, to nic dziwnego, że nikt z Europy nie pali się do odwiedzin w Jubie;)

piątek, 14 sierpnia 2009

Przesiąknięta Afryką

Siedem miesięcy w Afryce wpływa na psychikę;)

Pewnie nie jest to nic nowego, no ale cóż, ja przecież odkrywam świat na nowo.

Oto kilka zmian, które spostrzegłam w sobie:

1. Nie czytam napisów, a jeśli czytam to i tak je olewam. Przykład: idę do biura podróży (tak, mają tu tzw biura podróży), żeby kupić bilet. Na drzwiach napisane: closed. Przyjęłam do wiadomości i wchodzę. Obsługa ma przerwę lanchową, ale przecież mnie obsłużą, skoro już weszlam. Mało tego: byłabym oburzona gdyby tego nie zrobili;)

2. Mam zawsze pierwszeństwo: nieważne gdzie, jestem biała, więc tlumy się rozstępują. W dodatku blondynka, więc zamiast płacić mandat dla białych 70SDG, daję w łapę 10SDG ładnie się przy tym uśmiechając.

3. Nie ma rzeczy niemożliwych - wszystko da się załatwić przy odrobinie wyobraźni i uśmiechu.

4. Przyzwyczaiłam się do popularności;)))) W końcu biała skóra i blond włosy sprawiają, że jestem wyjątkowa. Będzie ciężko w Polsce...

5. Jeżdżę samochodem (automatem) przystosowanym do ruchu lewostronnego przy ruchu prawostronnym, w kraju, w którym zasadą ruchu drogowego jest to, że nie ma zasad. Więc się ich nauczyłam;)))

6. Informacje o zamieszkach, bitwach, strzelaninach i morderstwach nie robią już na mnie wrażenia.

7. Śmieszą mnie próby wysublimowanego oszukiwania.

8. Nie sprawdzam informacji o Polsce i o świecie, bo mnie kompletnie przestały interesować. Za to mam RSS na info o Sudanie i czytam książkę o Afryce.

9. Skaczę z radości na wiadomość, że jadę w podróż służbową do Rwandy. W końcu najbardziej niebezpiecznym krajem i jednocześnie piekłem na ziemi jest Sudan... ;)

10. Wyrzucam puszki po 7upie przez okno w samochodzie, podobnie jak papierki, butelki i inne rzeczy, ktore potocznie nazywa się śmieciami. Asymilacja... ;)

W tej dziesiątce się zamknę, ponieważ im dalej w las... tym więcej dziwnych rzeczy w sobie odkrywam (i nie mówię tu o śpiewaniu w godzinach pracy i cieszeniu się z sukienki do chóru Gospel, którą dostałam w prezencie). W każdym razie wydawać by się mogło, że czas już wracać do domu... ;)

czwartek, 16 lipca 2009

Wojna na horyzoncie

Kolacja. Spokojnie sobie jemy komentując wypadki dnia minionego. Nagle coś zaczyna się błyskać. Widzimy za płotem jak rozświetla się niebo. Burza idzie...

Jednak kilka godzin później te same błyski stały się bardziej intensywne i przesunęły się po horyzoncie na naszą stronę Nilu. Zza olbrzymich mangowców niebardzo można było dostrzec co tam się tak naprawdę dzieje. Na burzę to nie wyglądało, bo co kilka sekund niebo robiło się na horyzoncie jasne. Jakby regularne wybuchy. Nie miało to końca.

Można było stać i gapić się i wymyślać co to może być. Optymiści twierdzili, że to może jednak jakaś nietypowa burza. Ja stałam, patrzyłam, ale nie widziałam, bo w głowie układałam plan co należy zabrać w razie nagłej ewakuacji. No i czy coś takiego jak 'nagła ewakuacja' w ogóle może mieć miesce. Czy może lepiej zacząć ćwiczyć komendę 'padnij', żeby kule przelatywały nad głową, a nie przez głowę.

Najciekawsze, że było widać błyski, ale niczego nie słyszeliśmy. Przypomniały mi się zdjęcia z wojny w zatoce, które oglądałam w jakiejś koreańskiej książce: podobna łuna na niebie i podobno dźwięków niewiele. Może biją się gdzieś na granicy?

Rano w gazecie napisali, że Sudan kupił od Chińczyków jakąś nową wyrzutnię rakietową.... bosko... Może to ją wypróbowywali? No ale 'Sudan' w gazetach oznacza zazwczaj rząd w Chartumie, a nie Sudan Południowy.

Kolejnego wieczora błyski przeniosły się o 90 stopni na horyzoncie. A może po prostu rozminowują pola? Ale jak rozminowują? Puszczają stado krów? grupę dzieci? nieposłusznych więźniów?

Mam nadzieję, że te błyski nie dotrą do Gumbo.

wtorek, 30 czerwca 2009

Nie ma jak w domu...

Dziś przydarzyła mi się niespotykana rzecz.

Trawa nazwał namiot, który razem za mną zamieszkuje, DOMEM. Już dawno nie słyszałam słowa 'dom', a w połączeniu z namiotem zaopatrzonym w stół, dwa łóżka, burczącą klime i szafki zbite z pudełek po sprzęcie Ericssona, brzmi dosyć kosmicznie.

W naszym 'domu' mamy też duży bałagan, z bardzo prostej przyczyny: pracy jest tyle, że jak już wchodzimy do namiotu to bardziej w celach odpoczynkowych niż sprzątających. Niestety (albo stety) żadne z nas nie należy do tych, dla których sprzątanie jest świetną zabawą (zwłaszcza, że w bezklimowym namiocie Trawy ostatnio zagościła zielona mamba, czy jakieś temu podobne, co zwiększa prawdopodobieństo tragicznych wypadków przy sprzątaniu).

I tak po dłuższym zastanowieniu to DOMEM wolę jednak nazywać to, co na mnie czeka w Polsce. A miejsce, w którym mieszkam nadal będę nazywała NAMIOTEM lub CAMPEM. W przeciwieńskie do Trawy, jak podejrzewam.

Uff i problem definicyjny mam z głowy;)

czwartek, 18 czerwca 2009

Musztra

Piekielne gorąco. Rzeczywiście tu jest jak w książkach Kapuścińskiego: jedyny cień ludzie znajdują pod swoimi ciężarówkami i w cieniu zawieszenia spędzają najgorsze godziny dnia.

W tym upale przechadzając się po budowie zauważyłam siedzącego żołnierza, ze związanymi rękami i nogami, ubrany w swój ciężki mundur. Na pewno więc się nie opalał. Tak między innymi wygląda karanie żołnierzy za niesubordynację, albo małe przewinienia. Chłopak się odwodni, usmaży i do tego mogą go pogryźć węże pełzające sobie w przypalonej trawie...

czwartek, 4 czerwca 2009

Pogadanki przy wieprzowinie

Dziś od rana na ustach i językach wszystkich, oprócz tematów czysto budowlanych, była wieprzowina.

Udało nam się kupić wieprzowinę, a kenijski kucharz został poinstruowany jak zamienić kupę mięsa na schabowe. Największe wydarzenie kulinarne ostatnich 4 miesięcy. SCHABOWE!

Niektórzy nie dowierzali, dopóki nie zobaczyli, część od rana czekała na kolację zaglądając z zaciekawieniem do kuchni. Porażka była wielce prawdopodobna, gdyż wołowinka zdobyta wczoraj na pierogi, nieopatrznie została zamieniona przez kucharza w kawałki gotowanego mięsa. Pierogi z mięsem pozostały jedynie marzeniem (mimo, że wbrew przypuszczeniom okazało się że w Jubie można nabyć nawet maszynkę do mięsa !!!).

No a wracając do schabowych (powinnam chyba jednak wykazać trochę respektu i pisać Schabowe, przez duże S).
Kolacja jest codziennie o 19. O 18:30 w biurze zaczęło się poruszenie. Żeby skończyć przed tą 19 i załapać się chociaż na kawałeczek mięsa ze świni, świneczki, świniuni... Kotlecik, kotleciczek...

Udało się! Kucharz dziwnym trafem przewidział popularność Schabowych i zrobił ich całkiem przyzwoitą ilość, tak że nawet spóźnialscy (wśród których kurcze zazwyczaj się znajduję) załapali się.

Spotykamy się przy stole, zachwycając się Schabowymi. Co prawda duuużo im brakowało do Schabowych, które mamy w zakorzenione w czeluściach pamięci, gdzie jest miejsce też na zapach ciasta mamy albo smak sera żółtego z pomidorkiem, ale zawsze to coś. Jak to mawiają przodkowie i dziadkowie: na beświniu i pseudo kotlet jest Schabowym (czy coś w tym stylu).

Kiedy już pierwszy wieprzowy głód został zaspokojony zaczęliśmy zastanawiać co by tu zrobić, skoro już wiemy skąd brać wieprzowinę:
- Ej no to może zarządzę schabowe w każdą środę? To tak akurat środek tygodnia.
- Nie no już lepiej na weekend bo to tak świątecznie.
- No... a co jeśli wieprzowinę będą przywozić w piątek?
- Ooooo to akurat! W piątek nie wszyscy będą jedli!
- No taaaak, bo co na to religia? W piątek nie je się przecież mięsa;)
- Aaaa dajcie spokój. Przecież bóg nie zagląda do Juby, jego zoom tu nie sięga!
(wszyscy przytakując): no taaaaaak. Cholera....

niedziela, 26 kwietnia 2009

Biurowy gość




Taki mały gość zadomowił się pod kalkulatorem w naszym biurze w Gumbo:)

Pierwszą myślą było skąd kalkulator ma ogon, ale zaraz mi sie przypomniało, że mieszkam jednak nie na księżycu a w Sudanie, więc tego typu rzeczy póki co są raczej wykluczone.

Bardzo cichy i przyjemny gość, siedział cichutko i nikomu nie przeszkadzał w pracy:)

niedziela, 19 kwietnia 2009

Mokra mokrość

Żar z niba zamienił się na wodę z nieba. W Sudanie to chyba tak musi być: czarne albo białe, ze skrajności w skrajość. Pomijam fakt, że pochmurność wcale i ani odrobinę nie pasuje mi do tego miejsca.

Ale trzeba stawić czoło prawdzie: wielka woda nadchodzi i dała nam znać o swojej potędze wczoraj. Wielkiej wodzie towarzyszy jej kumpel - Szalony Wiart. Wiart (będę używała skrótu, bo podobno Szalony Wiatr woli jak się mówi o nim po prostu 'wiatr') wpadł do nas wczoraj razem z wodą i zalali nam camp. Podczas gdy woda zalewała namioty, biuro, ziemię i wszsytko co się rusza albo i nie rusza się wcale, wiart zerwał namioty razem z całą ich zawartością, łóżkami, szafami, wszystkimi sprzętami. Po prostu wyrwał je z podmokniętej ziemi.

Camp wyglądał jak pole po bitwie. Wszyscy odziali kaloszki i kurtki (!!!). Nawet skłoniłabym się ku stwierdzeniu, że nie było ciepło. Z resztą ciężko o ciepło jak się jest mega zmokniętym, wszędzie mokro, deszcz nie zostawił niczego co mogłoby chociaż sprawiać wrażenie suchości. I co ciekawe - klima też już nie jest aż tak potrzebna;)))

Jedynie pytanie kłębiące się w głowach - co będzie dalej jeśli pora deszczowa wita nas takim kataklizmem? No i ile wytrzymają te namioty? Czy w plan codziennych zajęć zaczniemy wpisywać wylewanie wody z namiotów i suszenie materacy?

No i druga sprawa - jakie jest prawdopodobieństwo, że w tym zawilgoconym świecie nie poumieramy na malarię, reumatyzm, zapalenia wszystkiego itp. Podejrzewam, że odpowiedzi przyjdą szybciej niż możnaby się spodziewać.

Plus jest taki, że po deszczu zawsze przychodzi słońce;))))

poniedziałek, 13 kwietnia 2009

List od pracownika

Wszystko zachowane w formie oryginalnej,
Peter to nasz pracownik, jest pomocnikiem na budowie:

"Hullo Ola,
how are doing Over there? hope every thing is Okay. back to me, I will be true to God and say all is fine. But be Informed that I have deposited on your account JOY, PEACE, SUCCESS and LOVE, SO withdraw and share the deposited with friends as you celebrate this Easter season. Have a wonderful Easter. from Peter

And concerning the letter I promised you, I have been able to write today and explain because you asked me that even if lgive from the heart, but why? It's true to ask because giving someone you have to base on something.
The reason to why Igive any thing to you is to express my gratefulness to you for employing me. So what I have done is not even worthy to be compared to what you did for me by recruiting me on 26th Jan. In this case I request you not to be offended or ask yourself questions as to why I do it, for it's all out of love and remember love gives.

And the other thing that I would like to request again from you, is that you accept to be my friend - but not a girlfriend - only a friend.
I will be gratefull and happy if my request is regarded with favour.

Read
Relax
Remember to
Reply

Thanks"

A ja tylko zapytalam go raz dlaczego po wypłacie przynosi mi napoje... ;P

niedziela, 12 kwietnia 2009

Skorpion

Takiego oto osobnika znalazłam w swoich skarpetach, które leżały sobie w misce czekając na upranie.
Pora deszczowa niesie ze sobą dużo wyzwań, zwłaszcza jeśli chodzi o wytrzymałość psychiczną...

Święta w innej galaktyce

Jedyną oznaką świąt na naszym campie jest błąkający się baran, które co jakiś czas sobie pobeczy. Nie wie biedactwo, że dziś wieczorem niestety zostanie zjedzony. A jest taki słodki, czarno biały i jak chodzi to macha główką:)))) No i dostał imię Mietek, co sprawia, że jeszcze trudniej będzie go potem zjeść. Jak można zjeść Mietka??? No przecież nie można. Więc pozostanę dziś przy jajkach...

Poza tym to już trzeci dzień wolnego. Jakie to piękne uczucie budzić się później i nie musieć nic robić, spieszyć się i denerwować:) Smutne jest jednak to, że to już przedostatni wolny dzień więc trzeba się śpieszyć z lenistwem, żeby nadrobić następne kilka miesięcy...

W międzyczasie zaczęła się pora deszczowa. Drogi są prawie nieprzejezdne. Kalosze wreszcie na coś się przydają i nie trzeba włączać klimatyzacji na noc. Deszcz walący o topik namiotu sprawia że lenistwo jest jeszcze bardziej leniwe, a spokój jeszcze bardziej spokojny.

W tym roku właśnie takie będą święta. Nie obżarstwo i oglądanie telewizji, w której puszczają filmy te same co rok temu. A potem zmuszanie członków rodziny do wyjscia na spacer, żeby zrobić miejsce w brzuchu na kolejną porcję świątecznych potraw. Tym razem na śniadanie była kanapka z serkiem topionym i keczupem, ale śniadanie nie o 7 tylko po 9:)))

Śmiesznie, święta tracą swoje świąteczne znaczenie. Są jedynie przerwą w pracy w momencie kiedy nie ma się wokół bliskich, a tylko deszcz i piasek. Są jednak przyjemną odmianą w afrykańskiej codzienności.

środa, 8 kwietnia 2009

Zaufanie po afrykańsku

O miejscu, w którym obecnie przebywam można powiedzieć wiele rzeczy, i dobrych i złych. Niektórzy z moich towarzyszy zsyłki skłoniliby się raczej ku tym negatywnym aspektom. Jednak ponieważ Ola we wszystkim stara się zobaczyć dobro, to bardzo stara się też zobaczyć piękno w Jubie. Idzie jej różnie, w zależności od nastroju i ilości przepracowanych nadgodzin;)

Jest jednak jedna rzecz, która jest tu dla mnie wręcz przerażająca i bardzo utrudnia moją duchową egzystencję i komfort psychiczny. Podejrzewam, że nie jest to jedyne miejsce w Afryce, gdzie występuje to zjawisko. Śmiem nawet sądzić, że jest ono dość powszechne na tym kontynencie, ale żeby tezę rozwinąć muszę więcej zobaczyć.

Uderza mnie tu zupełne inne podejście do zaufania. Biały człowiek, którym chcąc nie chcąc jestem (niektórzy by zaprzeczyli mówiąc że jestem białą kobietą, ale zostańmy przy człowieku), ma bowiem wielki problem z zaufaniem. Polega to na tym, że bardzo często dając wyraz zaufania człowiekowi o ciemniejszym kolorze skóry, można się bardzo na tym przejechać. Kończy się to na przewrażliwieniu i zbytnim posiadaniu oczu dookoła głowy (że aż można nabawić się zeza:P).

Fizyczni pracownicy na naszej budowie są w zdecydowanej większości czarni. A ja dbam o to, żeby za swoją pracę dostali kasę tudzież inne dodatki. Niby jestem po tej dobrej stronie, w końcu im płacę i wysłuchuję. Tak naprawdę jednak w mojej głowie zrodziło się wrażenie bycia po drugiej stronie barykady. Biały człowiek, naiwny (tak teraz skłonność do zaufania innym zaczęłam nazywać naiwnością), jest po to, żeby potraktować go jak bankomat i najlepiej jeszcze skopać (jak jest ciemno) i uciec.

Litość nad Afryką, jaką prezentuje Europa, tutaj przekształca się w bardzo cwane sposoby jej wykorzystania. Do perfekcji opanowane zostały przez tutejszych historie o chorobach, zarazach i śmierciach, które w otoczeniu europejskim by mnie wzruszyły, zwłaszcza jeśli są opowiadane przez współpracownika, towarzysza niedoli na tym księżycu ziemskim. Jakże przykry jest fakt, że to wszystko, w dużej większości, to żerowanie na wrażliwości białych, już nie wspominając o białych kobietach.

Wniosek płynie z tego bardzo smutny, a nawet kilka wniosków. Druga strona barykady nie pozwala do końca poznać tego świata. Kolor skóry zdradza na każdym kroku i nie bardzo jest się gdzie ukryć. Pozostaje enklawa białych lub pseudo-białych albo biało-czarnych. Enklawa ta, mimo jakiejś tam swojej atrakcyjności, jest jednak przeniesieniem wszystkich przywar życia po tamtej stronie kuli ziemskiej, plus przesiąka biznesem i pieniędzmi.

Próba przebicia się na drugą stronę kończy się jednak rozczarowaniem i uciszaniem swojej wrażliwości. Do momentu, w którym historie o wojnie, biedzie i śmierci zaczną rozśmieszać zamiast smucić ;( A z tyłu głowy coraz częściej gnieździ się pytanie: kolejny naciągacz? kolejna bzdura? a jak jest naprawdę?

.

sobota, 28 marca 2009

Ganianie króliczka (albo kozła)

Powszechnym zwyczajem w miejscu, w którym obecnie przebywam, jest obdarowywanie ludzi, w ramach wdzięczności, kozłem. Żywym oczywiście, po to, żeby w dowolnie wybrany przez siebie sposób móc go zabić i zjeść w dowolnie wybranym przez siebie czasie.

Potrącenie czyjegoś kozła samochodem kosztuje 200 SDG (ok.80 USD), kupienie żywego - trochę mniej, bo około 150 SDG (ok. 60USD). Aby kupić kozła (broń boże kozicę!) należy wybrać się do specjalnie wyznaczonego do tego targu, na którym ludzie siedzą sobie ze swoimi zwierzętami, które chcą sprzedać w nadziei, że pieniądze które uzyskają pozwolą im przeżyć kolejny tydzień.

A my otrzymaliśmy polecenie kupić kozła żołnierzom, którzy strzegą naszego kampu, w prezencie oczywiście i wyrazach wdzięczności. No więc przy pomocy autochtona został wybrany dorodny kozioł i w bagażniku przywieziony na camp. Nikt jednak nie wpadł na to, że biedny kozioł doskonale zdaje sobie sprawę z tego jaki los go czeka i wybiegł w popłochu z samochodu szukając schroniania, albo raczej ucieczki.

I zaczęło się ganianie za kozłem po całym kampie. Zaganianie go w kozi róg nie wystarczyło. Zdawać by się mogło, że kozły doskonale znają pułapkę koziego rogu, z racji tego, że na co dzień obcują z kozicami. Więc to nic nie dało. Jedna osoba nie dogoniła kozła, okazał się zbyt sprytny. Dwie też miały problemy. Cała załoga została postawiona na nogi ażeby dogonić dziękczynne zwierzę. Część go ganiała, część zalewała się ze śmiechu, niektórzy zalewali się ze śmiechu ganiając go;)))))

Wreszcie, po ciężkich próbach i odrobinie ruchu, udało się zchwytać kozła! Za rogi:)

Trzymając go za rogi wręczyliśmy szefowi żołnierzy, a ten, biorąc go też za rogi, grzecznie podziękował i się nim zajął.

Zdaje się, że dziś wieczorem żołnierze będą świętować:)

piątek, 13 marca 2009

Guma w środku niczego

Jak to jest złapać gumę poza miastem w środku niczego? Dość nieciekawie, zwłaszcza, że milion rzeczy czeka na zrobienie a tu nie pozostaje nic innego jak czekać na odsiecz... Tak by się mogło wydawać, ale było zabawnie;)

W każdym razie, jak łatwo się domyśleć - złapaliśmy gumę. Poza miastem, w koło nic poza pojedynczymi chatkami z gowna i flak w tylnim kole. Pięknie:) Słabo przyjemny plan na spędzenie popołudnia.

Telefon do przyjaciela, rescue team wezwany i czekanie. Dobrze że pęknięta opona nie wpływa na działanie klimy w samochodzie:P

No i tak sobie siedzimy, otworzyłam biuro, bo miałam ze sobą komputer i wszystkie potrzebne mi dokumenty. I nie tracąc czasu czymś się zajęłam.

Minęło 15 min i mija nas samochód, zatrzymuje się, i z okna wychyla się uśmiechnięta buzia Davida - "Co się stało?", "Macie wodę? Nie? to czekajcie dam wam". I dał nam po butelce wody. W samochodzie mieliśmy bułki na śniadanie, więc w razie czego - przeżyjemy;) David to koleś z Waszyngtonu - przyjechał do Juby w biznasach. Poznałam go w kolejce w banku. Nie potrafi zapamiętać mojego imienia;))) Pogadał, pomógł i pojechał do pracy.

Wsiedliśmy spowrotem a ja zabrałam się za swoje biuro. Nie minęło dużo czasu, zatrzymuje się kolejny samochód. Tym razem to Clarkson chce nam pomóc. Clakson to koleś który zaopatruje nas w hydrol i smary, wczoraj próbował nas oszukać, bezskutecznie. Widać, że cały czas trochę mu głupio, że został złapany na oszustwie. Podziękowaliśmy i pojechał.

Kolejny samochód był już odsieczą:) Jeszcze trzeba było poczekać na naprawę opony i 2 godziny w plecy na piaskowej drodze pod Górą Wiedźm. A niby spore miasto jak na te warunki, a wszędzie znajome twarze. Mała śmietanka towarzyska, gdziekolwiek się nie ruszysz... Taka Juba.

niedziela, 8 marca 2009

Pokój zamiast wojny

4 marca zgodnie z decyzją Międzynarodowego Trybunału Karnego prezydent Sudanu Północnego miał zostać aresztowany za zbrodnie w Darfurze. Już od 28 lutego ostrzegano nas żeby tego dnia nie ruszać się z campu, ponieważ może być niebezpiecznie. Cały czas sytuacja w tym kraju jest słabo stabilna, a życiem publicznym nadal rządzi wojsko.

Tak więc dotaliśmy telefon od pracowników ONZ, żeby uważać, od żołnierzy ministerialnych, którzy strzegą naszego obozu i generalnie z każdej strony dochodziły głosy, że może być niebezpiecznie i żeby nie panikować jak będą strzelać tylko najlepiej kłaść się na ziemię. No.... więc mamy zbliżający się kryzys finansowy, pociągający za sobą kryzys społeczny a do tego zamieszki. Oczywiście zamieszki polegałyby w tym wypadku na tym, że wstrętni biali są wszystkiemu winni, więc najlepiej ich przegonić starym afrykańskim sposobem.

No więc przygotowaliśmy się psychicznie na ten dzień, nie wiedząc w sumie czego się spodziewać. Jeszcze w noc poprzedzającą dzień aresztowania przyszedł szef ochrony mówiąc, że lepiej żebyśmy się raczej nigdzie nie ruszali i słuchali radia. A po naszej stronie Nilu zaczęły gromadzić się ciężarówki z uzbrojonymi po zęby żołnierzami.

Środa rano, dzień jak co dzień, tylko jeszcze bardziej gorąco. W sumie areszt domowy na campie nie byłby takim złym rozwiązaniem gdyby nie fakt, że do miasta i tak musiałam jechać. Poczekaliśmy do 11, spokój... Cisza dookoła, ani jednego strzału. Zamieniliśmy kilka zdań z żołnierzami o droga do miasta wolna.

Przejeżdżając ulicami Juby wydawało się, że dzień jest taki jak co dzień. Jedyna różnica była taka, że w banku było jakoś mniej białych ludzi. Poza tym wszystko po staremu, no może kilka sklepów więcej było zamkniętych (hmm nie wiem czy słowo 'sklep' jest tu właściwie użyte, ale pozwolę sobię używać moich europejskich naleciałości lingwistycznych). Szybko załatwiłam co trzeba było, i priorytetem stał się powrót do Gumbo (nasz camp). Okazało się, że o 16 (godzina wydania oświadczenia) ogłoszono godzinę policyjną. Akurat godzina 16:00 zastała mnie za miastem w drodze po tłuczeń. 5 min przed godziną zero dowiedziałam się że taka ma nastąpić. No cóż. I tak byliśmy poza miastem... tylko nie po tej stronie.

W drodze powrotnej mózg płatał figle - wydawało się że w mieście panuje poruszenie, że wszyscy są jakoś dziwnie podekscytowani i patrzą bykiem na dwójkę białych przedzierających się przez miasto. A przy okazji jakoś tak bardziej pusto, jakby cisza przed burzą. Jechaliśmy samochodem, zamknięci od środka i zastanawialiśmy się, czy rzeczywiście jest inaczej, czy też nie dostrzegaliśmy wcześniej tego ruchu. Czy to lekka panika czy też wyczulenie na wszelkie oznaki niebezpieczeństwa.

Okazało się jednak, że Sudańczycy są zmęczeni wojną. Tak naprawdę nie działo się nic oprócz tego, że na ulice wylały się siły bezpieczeństwa (czyli zwiększono liczbę żołnierzy jeżdzących po Jubie). Poza tym nic (w drodze powrotnej zatrzymaliśmy się jeszcze po części do samochodu i owoce;P). Ludzie doskonale pamiętają czasy wojny i terroru. Widać to w ich oczach i podejściu do obcych. Wojny już doświadczyli i mają jej dosyć. Po co więc wściekać się o areszt domowy prezydenta Sudanu i to północnego - to nie da im ani dodatkowej wody, ani jedzenia ani dachu nad głową, nie wyśle ich dzieci do szkoły ani nie pomoże zarobić na leczenie dla matki. Może nadszedł czas pokoju?

sobota, 7 marca 2009

Autostopem

Codziennie w drodze do Juby przekraczamy most nad Nilem.

Most oprócz tego, że jest jedynym łącznikiem między jednym brzegiem a drugim jest także granicą między jednym stanem Sudanu Południowego a drugim (te stany zwane są tu equatoriami). Tak więc przed mostem jest szlaban i budka strażnicza, gdzie urzędują panowie żołnierze, którzy decydują o tym czy kogoś przepuścić czy nie. Na tej granicy pobierane jest także cło za przewóz towarów, wobec czego przed mostem zazwyczaj po obu stronach drogi stoją wypchane ciężarówki niebezpiecznie przechylające się w stronę rowu, który jest jednocześnie poboczem.

Pilnie strzeżona granica składa się z uzbrojonych żołnierzy, jak już wspomniałam, i szlabanu, za który robi sznur zawieszony na dwóch wystających rozgałęzionych palach:) Żołnierz na warcie opuszcza szlaban odwiązując sznurek z palu. Działa, nie potrzba alarmów, stalowych barier i bolców w ziemi. Wystarczy, że żołnierz może strzelić kiedy chce;)

Mostu nie można przekraczać w nocy. Taka próba może zakonczyć się nocą w więzieniu, który nie jest raczej miejscem rozrywkowym (chyba że ktoś lubi mega hardcore). Chyba, że przkupi się panów żołnierzy piwem, papierosem lub gotówką w postaci kilku funtów (1 funt sudański = 2,6 USD). W ten sposób umożliwiliśmy sobie powroty z Juby w godzinach nocnych:)

Typowym także zwyczajem jest podwożenie żołnierzy z jednego brzegu na drugi. Ciężko jest odmówić komuś, kto jako głównego argumentu może użyć swojego kałacha. Tak więc na migi informują o tym, że mają ochotę się przemieścić i pakują się na tylne siedzenie, zazwyczaj w ilości większej niż 1 (afrykańskim zwyczajem jest pobijanie rekordów ilości ludzi pakujących się do jednego samochodu). Dziwnym jest bardzo siedzieć w samochodzie, do którego wsiadają żołnierze z giwerami tak długimi, że mają problemy z domknięciem drzwi. A jeśli już drzwi się zamkną to w samochodzie roznosi się osobliwy zapach metalu broni połączony z potem tworzącym się pod szczelnym mundurem (zwłaszcza, że właściciele mundurów zdaje się, że rzadziej odczuwają potrzebę kontaktu z wodą, a poza tym woda jest dobrem luksusowym...).

Na szczęście żołnierze przynajmniej w dzień są niegroźni dla swoich dobroczyńców oferujących bezłatny transport. No i ze strażnikami przejścia na drugi brzeg trzeba żyć w zgodzie, oczywista sprawa;)

piątek, 6 marca 2009

Równouprawnienie po afrykańsku

Jeśli ktoś jeszcze nie wie to w Sudanie panuje równouprawnienie. Takie, pełne dumy stwierdzenie usłyszałam od pana ministra z Ministry of Housing. Oczywiście każdy człowiek wie, że kobiety są silniejsze od mężczyzn. Dlatego w rządzie Sudanu Południowego 25% to kobiety. Ciekawe to bardzo ponieważ zdarza mi się owszem od czasu do czasu zobaczyć kobietę w ministerstwie, ale albo jako sprzątaczkę albo sekretarkę. No ale możemy uznać, że te 25% kobiet w swojej skromności po prosstu nie lubi się afiszować i są szarymi eminencjami. Powiedzmy... ;)

Przy innej rozmowie, ten sam pan oświadczył że ma TYLKO jedną żonę. A to dlatego, że zdecydował się na wzięcie ślubu w kościele. Tak więc przed katolikami afrykańskimi stoi zazwyczaj bardzo ciężki wybór: czy wziąć ślub jak nakazuje obrządek katolicki, czyli w kościele, przysięgając wierność do końca życia, czy może jednak darować sobie ten zabobonny zwyczaj i wziąć sobie trzy kobiety za żonę. Można nawet więcej, ale trzeba mieć na to pieniądze. Oczywiście to, że ma się trzy żony nie kłóci się z tym, że jest się katolikiem. W końcu nie wzięło się ślubu w kościele. A w zamian ma się kogoś od prania, od gotowania i od wychowywania dzieci... no i urozmaicenie w wieczornych zabawach;)))

Mimo wszystko niełatwe jest życie takiego afrykańskiego męża. Poza faktem, że musi wybierać, ma też ograniczone pole manewru na własnym podwórku! Pan B. wyznał, że bardzo chciałby coś od czasu do czasu ugotować swojej żonie (no z tym gotowaniem to trochę przesadziłam - chciałby od czasu do czasu zrobić jej herbatę). Ale to nie takie proste, bo gdyby jego matka zobaczyła, że on robi herbatę żonie, a żona odpoczywa, to nie dość że wygnałaby jego żonę to jeszcze pobiła syna. No i to tak idzie z pokolenia na pokolenie.

A ja lubię bardzo dostawać kawę do łóżka... :)

czwartek, 12 lutego 2009

Matatu do nieba

Słowem wstępu będzie to, że jak wiadomo Sudan podzielił się na Północny i Południowy. Część południowa, w której dane jest mi obecnie przebywać charakteryzuje się dominacją chrześcijan i czarnych. Natomiast Północ to Arabowie muzułmańscy oczywiście. Czekamy sobie więc do 2011 roku na referendum, które ma rozstrzygnąć czy Sudan zostanie podzielony czy też zacznie się kolejna wojna.

Ale nie o tym chciałam dziś pisać.

Moją uwagę i zainteresowanie przyciągają tu lokalne autobusy, tzw. matatu. Małe busiki, wypchane po dziurki w dachu, w kołach i w czym innym ktokolwiek by chciał. Najciekwasza w nich jest natomiast powierzchnia reklamowa. Dokładnie jest to tylnia szyba, która służy nawracaniu kierowców i przypominaniu im o tym, że są śmierteni, a jedynie bóg i stwórca może mieć coś do gadania, nawet na drodze.

(Inna sprawa, że zasady ruchu drogowego tu owszem panują, ale jedynie przy wręczaniu mandatu. Do głównych należy: zakaz jeżdzenia w sandałach, w krótkich spodenkach i cały milion innych rzeczy, które tyczą się tylko białych ludzi. Poza prawem są natomiast motocykliści, których tu z czystym sumieniem można nazwać dawcami narządów. Z jedną małą uwagą: tu nikt narządów nie szuka, a sztuka transplantacji jeszcze podejrzewam, że nie została spłodzona...)

No a wracając do matatu:


Inne popularne teksty to: God is great, Trust in God i wszystkie temu podobne teksty które wprowadzają silny dysonans pomiędzy tym co widzi się za oknem a tym co jest napisane na matatu:)

niedziela, 25 stycznia 2009

Niedzielny spokój

Jest niedziela. Chwila wytchnienia.

W planach wycieczka nad Nil w celach rekreacyjno-opalaniowych. Niestety jak juz podnosiliśmy pupcie żeby je przenieść do samochodu przyjechali podwykonawcy i trzeba było zostać. Tak więc skończyło się na wycieczce do sklepu, jedynego supermarketu w stolicy Sudanu Południowego, całkiem przyzwoicie zaopatrzonego (mają tam nawet czapeczki do świętowania urodzin, ale niestety żółtego sera nie znalazłam:(). Przy tym przy całkiem szalonych cenach. Za płatki śniadaniowe przyszłoby zapłacić 35 zł. Sprawia to, że napradę uświadomiłam sobie, że nawet nie lubie płatków śniadaniowych;P

Za to nie mogłam powstrzymać się przed kupieniem przecieru pomidorowego (13,5 zł). Smakował ... mmm ciężko opisać;) Ale bardzo to miłe doświadczenie zajadać się przecierem pomidorowym:)

sobota, 24 stycznia 2009

Po drugiej stronie lustra


Juba - stolica Sudanu Południowego, która po czasach wojny została totalnie zniszczona i zrównana z ziemią. Rozwija się szybciej niż jakiekolwiek inne miasto, które widziałam. Znaczy wszystko rośnie od poziomu zerowego:)

Mieszkamy sobie poza miastem, po drugiej stronie Nilu i szczerze mówiąc nawet nie ma kiedy i jak pozwiedzać okolic. No i przede wszystkim znaczenie "zwiedzania okolic" jest zupełnie inne. Tak samo jak znaczenie "łazienki":) i każdej innej rzeczy:))) ALe przede wszystkim średnio bezpieczne. Chyba że w grupie - ale na to poświęcamy dziesiejszy wieczór.

Ciężko jest napisać lub opisać cokolwiek, bo nawet nie wiedziałabym od czego zacząć. Wszystko jest inne. Tak rewelacyjnie inne, że chciałoby się to wszystko odkryć na nowo:) Takiej białej dziewczynce jak ja czyli Mzungu, jednak nie wszsytko wolno. Przede wszsytkim dlatego że jestem kobietą. Specyficzne podejście do roli kobiety w społeczeństwie sprawia, że aby czymkolwiek i jakkolwiek zarządzać trzeba się nieźle nawyginać. Zwłaszcza jeśli na codzień ma się do czynienia z majstrami, murarzami i cieślami. Dlaczego ktokolwiek miałby słuchać kobiety? I to białej? :) Chłopaki się jednak szybko uczą... Wystarczy, że zobaczą kto im wypłaca kase i od razu zmienia się podejście;)))) Największy problem z przyjmowaniem wytycznych od kobiety mają żołnierze, no nic dziwnego;P tak więc do żołnierzy trzeba ostrożnie i najlepiej z jakimś męxczyzną, bo wtedy przynajmniej widzą, że kobieta nie jest "do wzięcia" tylko komuś "przynależna":)

A poza tym to jest ciepełko:) Nawet jak deszcz skapnie póki co to nie za długo widać jego efekty;))

Jedyna fobia, jaka jeszcze się trzyma od przyjazdu to komary. Każdy może przenieść malarię... ALe podobno fobie mijają po 2 tygodniach. Potem to komay nawet się nie tykają bo wiedzą że to swoi;P Póki co intensywnie psikam sobie każdą wystającą część ciała i panikuję przy każdym ugryzieniu:P ;)))
Locations of visitors to this page