Clubbing w Rwandzie jest bardzo ciekawym doświadczeniem z serii "imprezy świata'. Dłuuugo by opowiadać o miejscach, które odwiedziłam wczorajszej nocy i ludzi, których spotkałam, dostając przy okazji zaproszenie na dwa rwandyjskie wesela w piątek i sobote;) Sezon weselny rozpoczęty. Zapowiada się dłuuuugi weekend;)
Oczywiście przy poznawaniu ludzi następuje grzecznościowa wymiana zdan w stylu skąd jesteś, co tu robisz bla bla bla.
Jedna kiedy odpowiadam, że przyjechałam z Juby, z Sudanu, Rwandyjczycy robią wielkie oczy, a ich wyraz twarzy mówi: 'wariatka!'.
Z dziesiątek ludzi, których wczoraj poznałam nikt nigdy nie był w Sudanie, który kojarzony jest z pustynią i czarną dupą (nieznacznie mija się to z prawdą;P). Ja natomiast, jako osoba, która spędziła tam pare dobrych miesięcy, zostałam uznana za twardą sztukę z dużym uzależnieniem od adrenaliny i hadkoru.
No coż, jeśli w Afryce tak postrzegany jest Sudan, to nic dziwnego, że nikt z Europy nie pali się do odwiedzin w Jubie;)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szaleństwa Oli. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szaleństwa Oli. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 20 sierpnia 2009
niedziela, 8 marca 2009
Pokój zamiast wojny
4 marca zgodnie z decyzją Międzynarodowego Trybunału Karnego prezydent Sudanu Północnego miał zostać aresztowany za zbrodnie w Darfurze. Już od 28 lutego ostrzegano nas żeby tego dnia nie ruszać się z campu, ponieważ może być niebezpiecznie. Cały czas sytuacja w tym kraju jest słabo stabilna, a życiem publicznym nadal rządzi wojsko.
Tak więc dotaliśmy telefon od pracowników ONZ, żeby uważać, od żołnierzy ministerialnych, którzy strzegą naszego obozu i generalnie z każdej strony dochodziły głosy, że może być niebezpiecznie i żeby nie panikować jak będą strzelać tylko najlepiej kłaść się na ziemię. No.... więc mamy zbliżający się kryzys finansowy, pociągający za sobą kryzys społeczny a do tego zamieszki. Oczywiście zamieszki polegałyby w tym wypadku na tym, że wstrętni biali są wszystkiemu winni, więc najlepiej ich przegonić starym afrykańskim sposobem.
No więc przygotowaliśmy się psychicznie na ten dzień, nie wiedząc w sumie czego się spodziewać. Jeszcze w noc poprzedzającą dzień aresztowania przyszedł szef ochrony mówiąc, że lepiej żebyśmy się raczej nigdzie nie ruszali i słuchali radia. A po naszej stronie Nilu zaczęły gromadzić się ciężarówki z uzbrojonymi po zęby żołnierzami.
Środa rano, dzień jak co dzień, tylko jeszcze bardziej gorąco. W sumie areszt domowy na campie nie byłby takim złym rozwiązaniem gdyby nie fakt, że do miasta i tak musiałam jechać. Poczekaliśmy do 11, spokój... Cisza dookoła, ani jednego strzału. Zamieniliśmy kilka zdań z żołnierzami o droga do miasta wolna.
Przejeżdżając ulicami Juby wydawało się, że dzień jest taki jak co dzień. Jedyna różnica była taka, że w banku było jakoś mniej białych ludzi. Poza tym wszystko po staremu, no może kilka sklepów więcej było zamkniętych (hmm nie wiem czy słowo 'sklep' jest tu właściwie użyte, ale pozwolę sobię używać moich europejskich naleciałości lingwistycznych). Szybko załatwiłam co trzeba było, i priorytetem stał się powrót do Gumbo (nasz camp). Okazało się, że o 16 (godzina wydania oświadczenia) ogłoszono godzinę policyjną. Akurat godzina 16:00 zastała mnie za miastem w drodze po tłuczeń. 5 min przed godziną zero dowiedziałam się że taka ma nastąpić. No cóż. I tak byliśmy poza miastem... tylko nie po tej stronie.
W drodze powrotnej mózg płatał figle - wydawało się że w mieście panuje poruszenie, że wszyscy są jakoś dziwnie podekscytowani i patrzą bykiem na dwójkę białych przedzierających się przez miasto. A przy okazji jakoś tak bardziej pusto, jakby cisza przed burzą. Jechaliśmy samochodem, zamknięci od środka i zastanawialiśmy się, czy rzeczywiście jest inaczej, czy też nie dostrzegaliśmy wcześniej tego ruchu. Czy to lekka panika czy też wyczulenie na wszelkie oznaki niebezpieczeństwa.
Okazało się jednak, że Sudańczycy są zmęczeni wojną. Tak naprawdę nie działo się nic oprócz tego, że na ulice wylały się siły bezpieczeństwa (czyli zwiększono liczbę żołnierzy jeżdzących po Jubie). Poza tym nic (w drodze powrotnej zatrzymaliśmy się jeszcze po części do samochodu i owoce;P). Ludzie doskonale pamiętają czasy wojny i terroru. Widać to w ich oczach i podejściu do obcych. Wojny już doświadczyli i mają jej dosyć. Po co więc wściekać się o areszt domowy prezydenta Sudanu i to północnego - to nie da im ani dodatkowej wody, ani jedzenia ani dachu nad głową, nie wyśle ich dzieci do szkoły ani nie pomoże zarobić na leczenie dla matki. Może nadszedł czas pokoju?
Tak więc dotaliśmy telefon od pracowników ONZ, żeby uważać, od żołnierzy ministerialnych, którzy strzegą naszego obozu i generalnie z każdej strony dochodziły głosy, że może być niebezpiecznie i żeby nie panikować jak będą strzelać tylko najlepiej kłaść się na ziemię. No.... więc mamy zbliżający się kryzys finansowy, pociągający za sobą kryzys społeczny a do tego zamieszki. Oczywiście zamieszki polegałyby w tym wypadku na tym, że wstrętni biali są wszystkiemu winni, więc najlepiej ich przegonić starym afrykańskim sposobem.
No więc przygotowaliśmy się psychicznie na ten dzień, nie wiedząc w sumie czego się spodziewać. Jeszcze w noc poprzedzającą dzień aresztowania przyszedł szef ochrony mówiąc, że lepiej żebyśmy się raczej nigdzie nie ruszali i słuchali radia. A po naszej stronie Nilu zaczęły gromadzić się ciężarówki z uzbrojonymi po zęby żołnierzami.
Środa rano, dzień jak co dzień, tylko jeszcze bardziej gorąco. W sumie areszt domowy na campie nie byłby takim złym rozwiązaniem gdyby nie fakt, że do miasta i tak musiałam jechać. Poczekaliśmy do 11, spokój... Cisza dookoła, ani jednego strzału. Zamieniliśmy kilka zdań z żołnierzami o droga do miasta wolna.
Przejeżdżając ulicami Juby wydawało się, że dzień jest taki jak co dzień. Jedyna różnica była taka, że w banku było jakoś mniej białych ludzi. Poza tym wszystko po staremu, no może kilka sklepów więcej było zamkniętych (hmm nie wiem czy słowo 'sklep' jest tu właściwie użyte, ale pozwolę sobię używać moich europejskich naleciałości lingwistycznych). Szybko załatwiłam co trzeba było, i priorytetem stał się powrót do Gumbo (nasz camp). Okazało się, że o 16 (godzina wydania oświadczenia) ogłoszono godzinę policyjną. Akurat godzina 16:00 zastała mnie za miastem w drodze po tłuczeń. 5 min przed godziną zero dowiedziałam się że taka ma nastąpić. No cóż. I tak byliśmy poza miastem... tylko nie po tej stronie.
W drodze powrotnej mózg płatał figle - wydawało się że w mieście panuje poruszenie, że wszyscy są jakoś dziwnie podekscytowani i patrzą bykiem na dwójkę białych przedzierających się przez miasto. A przy okazji jakoś tak bardziej pusto, jakby cisza przed burzą. Jechaliśmy samochodem, zamknięci od środka i zastanawialiśmy się, czy rzeczywiście jest inaczej, czy też nie dostrzegaliśmy wcześniej tego ruchu. Czy to lekka panika czy też wyczulenie na wszelkie oznaki niebezpieczeństwa.
Okazało się jednak, że Sudańczycy są zmęczeni wojną. Tak naprawdę nie działo się nic oprócz tego, że na ulice wylały się siły bezpieczeństwa (czyli zwiększono liczbę żołnierzy jeżdzących po Jubie). Poza tym nic (w drodze powrotnej zatrzymaliśmy się jeszcze po części do samochodu i owoce;P). Ludzie doskonale pamiętają czasy wojny i terroru. Widać to w ich oczach i podejściu do obcych. Wojny już doświadczyli i mają jej dosyć. Po co więc wściekać się o areszt domowy prezydenta Sudanu i to północnego - to nie da im ani dodatkowej wody, ani jedzenia ani dachu nad głową, nie wyśle ich dzieci do szkoły ani nie pomoże zarobić na leczenie dla matki. Może nadszedł czas pokoju?
wtorek, 1 stycznia 2008
Sylwester w Seoulu
Sylwester w Korei to nie jest zabawa pełna fajerwerków, balonów i konfetti. Ostatni dzień grudnia robi bardziej za święto zmarłych, kiedy to na stole stawia się zdjęcia przodków i kłania się im, przygotowuje się specjalne świąteczne jedzenie i dzień spędza się z rodziną. Ale już wiemy, że możemy wprowadzać polskie zwyczaje w koreańską kulturę, tak więc celebrowaliśmy sylwestra w polsko-koreński sposób. Specjalnie dla obcokrajowców przygotowany został koncert w downtown. Jednak ma się to nijak do naszych polskich szaleństw sylwestrowych. Po północy wszyscy rozeszli się do domów. My jednak nie skończyliśmy zabawy;))))


Ponieważ mamy mnóstwo przygód w tej malutkiej Korei to i tym razem nie obeszło się bez nich:) Tak więc zupełnie niespodziewanie natknęliśmy się na Polaków, w dodatku Polaków z mafii krakowsko-pruszkowskiej albo jakiejś tam, w każdym razie kręcącej brudne interesy z Koreańczykami. Biedni panowe myśleli, że Korea to tylko to, co widzą w downtown, i byli bardzo zawiedzeni jedzeniem, ludźmi i widokami. Ponieważ przez kilka miesięcy trochę żeśmy się dowiedziały o tym kraju to pierwsze godziny nowego roku spędziłyśmy instuując mafię gdzie się bawić w Seoulu, co jeść i co zwiedzać, pisząc po mapie tegoż miasta i zapisując po koreańsku nazwy potraw, żeby panowie nie mieli problemu z ich odnalezieniem w menu;))) Dobry uczynek w nowym roku - niespodziewanie i niedoczekanie;))) Ale co tam, raz żeśmy się szarpnęły - norma wyrobiona;)
Spotkaliśmy też dzielnych panów policjantów patrolujących ulice i jak to zwykle bywa z policjantami, zorganizowaliśmy sobie sesję zdjęciową. Teraz już przynajmniej wiemy dlaczego policjanci noszą odblaski na swoich mundurach - ażeby ukryć ich tożsamość na zdjęciach:))))

PróbowaliśĶy pare razy, z lampą i bez, no i efekt widoczny powyżej - piękne sylwestrowe koreańskie odblaski stróżów porządku;))))
Nie wiem tylko co może oznaczać fakt, że o 12 w południe wywalili nas z hotelu mówiąc, że pokoje są tylko na noc, a nie na dzień i nie pozwalając nam zostać na kolejną dobę. Mówi się, że jaki pierwszy dzień w roku taka i reszta.... Pewnie dlatego Iwonka zmieszała z błotem Koreańczyków z motelu, pewnie dlatego zjedliśmy śniadanie w Burger Kingu i lody w Maku;) I pewnie dlatego przez kolejną godzinę szukaliśmy noclegu;))) Na szczęście wszystko już gra, hotel mamy wypas, wreszcie jakiś Koreańczyk okazał się życzliwy:) To ostatnie jest najlepszym znakiem na kolejny rok kolorowego i pasjonującego życia Oli Floo;)))))
Ponieważ mamy mnóstwo przygód w tej malutkiej Korei to i tym razem nie obeszło się bez nich:) Tak więc zupełnie niespodziewanie natknęliśmy się na Polaków, w dodatku Polaków z mafii krakowsko-pruszkowskiej albo jakiejś tam, w każdym razie kręcącej brudne interesy z Koreańczykami. Biedni panowe myśleli, że Korea to tylko to, co widzą w downtown, i byli bardzo zawiedzeni jedzeniem, ludźmi i widokami. Ponieważ przez kilka miesięcy trochę żeśmy się dowiedziały o tym kraju to pierwsze godziny nowego roku spędziłyśmy instuując mafię gdzie się bawić w Seoulu, co jeść i co zwiedzać, pisząc po mapie tegoż miasta i zapisując po koreańsku nazwy potraw, żeby panowie nie mieli problemu z ich odnalezieniem w menu;))) Dobry uczynek w nowym roku - niespodziewanie i niedoczekanie;))) Ale co tam, raz żeśmy się szarpnęły - norma wyrobiona;)
Spotkaliśmy też dzielnych panów policjantów patrolujących ulice i jak to zwykle bywa z policjantami, zorganizowaliśmy sobie sesję zdjęciową. Teraz już przynajmniej wiemy dlaczego policjanci noszą odblaski na swoich mundurach - ażeby ukryć ich tożsamość na zdjęciach:))))
PróbowaliśĶy pare razy, z lampą i bez, no i efekt widoczny powyżej - piękne sylwestrowe koreańskie odblaski stróżów porządku;))))
Nie wiem tylko co może oznaczać fakt, że o 12 w południe wywalili nas z hotelu mówiąc, że pokoje są tylko na noc, a nie na dzień i nie pozwalając nam zostać na kolejną dobę. Mówi się, że jaki pierwszy dzień w roku taka i reszta.... Pewnie dlatego Iwonka zmieszała z błotem Koreańczyków z motelu, pewnie dlatego zjedliśmy śniadanie w Burger Kingu i lody w Maku;) I pewnie dlatego przez kolejną godzinę szukaliśmy noclegu;))) Na szczęście wszystko już gra, hotel mamy wypas, wreszcie jakiś Koreańczyk okazał się życzliwy:) To ostatnie jest najlepszym znakiem na kolejny rok kolorowego i pasjonującego życia Oli Floo;)))))
niedziela, 9 grudnia 2007
Niebieskie języki
Aaaaaa, patrzymy w lustro a tam coś strasznego:

To pewnie od używania języka koreańskiego;)
To pewnie od używania języka koreańskiego;)
czwartek, 1 listopada 2007
Lotte WOrld
Jak to dobrze oderwać się od czasu do czasu i pozwolić sobie na dziecinną zabawę w wesołym miasteczku:) Śmiać się jak szalony wisząc do góry nogami, krzyczeć w niebogłosy zbliżając się do prędkości światła i jeść kukurydzę na patyku:)
Powrócić do dzieciństwa wsiadając na karuzele i bujane koniki:) Pokonać strach na 70-cio metrową wieżę i zjechać z niej z prędkością 100 km na godzinę. Poczuć na szczycie przez kilka sekund spokój i ciszę i wszechświat:)

Muszę tam pojechać jeszcze raz:)
Powrócić do dzieciństwa wsiadając na karuzele i bujane koniki:) Pokonać strach na 70-cio metrową wieżę i zjechać z niej z prędkością 100 km na godzinę. Poczuć na szczycie przez kilka sekund spokój i ciszę i wszechświat:)
Muszę tam pojechać jeszcze raz:)
sobota, 20 października 2007
FotoStory: Salon piękności:)
Tworzymy historię... obrazkową:) Po 5 miesiącach w Korei obie bohaterki komiksu będą charakterami mangowymi:)
Jeśli niewyraźnie widać literki polecam ściągnąć pliki:) albo skontaktować się bezpośrednio z autorką. Ostatecznie można klikąć tu . Ale to w ostateczności;)

Jeśli niewyraźnie widać literki polecam ściągnąć pliki:) albo skontaktować się bezpośrednio z autorką. Ostatecznie można klikąć tu . Ale to w ostateczności;)

piątek, 19 października 2007
Koreańska maseczka
Dla zdrowotności, urody i dobrego samopoczucia Ola kupiła sobie maseczke:)
Humor ewidentnie wymagał poprawy po tym jak Ola kupila farbe do włosów, która okazała się pseudo henną. W efekcie włosy są koloru niekreślonego (coś między brązem a filoletem?) a odrosty długości 2-3 cm są koloru równie nieokreślonego, ale w innej skali: między ryżym a różowym:(((
No więc maseczka jest ciekawa. Jeszcze jej nie ściągnęłam, ale po zaaplikowaniu sobie farby nie boje się już eksperymentować, bo gorzej już być nie może z moim odbiciem w lustrze:P

Postanowiłam nie wychodzić na korytarz w takim stanie, bo nie wiem jak silne nerwy mają Koreańczycy. Mogą mnie jeszcze z kimś albo czymś pomylić... Wiec przesiedze najbliższe 20 min przed komputerem i z maseczką na twarzy:)
Humor ewidentnie wymagał poprawy po tym jak Ola kupila farbe do włosów, która okazała się pseudo henną. W efekcie włosy są koloru niekreślonego (coś między brązem a filoletem?) a odrosty długości 2-3 cm są koloru równie nieokreślonego, ale w innej skali: między ryżym a różowym:(((
No więc maseczka jest ciekawa. Jeszcze jej nie ściągnęłam, ale po zaaplikowaniu sobie farby nie boje się już eksperymentować, bo gorzej już być nie może z moim odbiciem w lustrze:P

Postanowiłam nie wychodzić na korytarz w takim stanie, bo nie wiem jak silne nerwy mają Koreańczycy. Mogą mnie jeszcze z kimś albo czymś pomylić... Wiec przesiedze najbliższe 20 min przed komputerem i z maseczką na twarzy:)
czwartek, 11 października 2007
Pusan version 2.0
Pusan tak mi sie spodobał, że nie minęły 2 dni a ja sie znowu tam znalazłam:)
Magiczne miasto, morze, wiatr i czaderskie widoki.
Jak do tego dodać jeszcze bufet z sushi, rejs statkiem, noc pełną świateł i przyjaznych ludzi, którzy robią ze mną wywiady:) (z księżniczką każdy chce przeprowadzić wywiad:P ale pytanie były tendencyjne i księżniczka nie wiedziała co powiedzieć:)) i oczywiście rozmowy o wszystkim i o niczym do rana:)

Pusan otrzymuje nagrode za bycie Przyjaznym Miastem roku 2007:) W nagrode więcej tam nie pojade i nie bede niepokoić więcej Jego Wysokiej Mości:)
Chociaz z drugiej strony tak samo myślalam pare dni temu i sie mylilam.
Jaki wniosek? Nie przewidzisz jutra:) I to jest najpiękniejsze:)
Magiczne miasto, morze, wiatr i czaderskie widoki.
Jak do tego dodać jeszcze bufet z sushi, rejs statkiem, noc pełną świateł i przyjaznych ludzi, którzy robią ze mną wywiady:) (z księżniczką każdy chce przeprowadzić wywiad:P ale pytanie były tendencyjne i księżniczka nie wiedziała co powiedzieć:)) i oczywiście rozmowy o wszystkim i o niczym do rana:)

Pusan otrzymuje nagrode za bycie Przyjaznym Miastem roku 2007:) W nagrode więcej tam nie pojade i nie bede niepokoić więcej Jego Wysokiej Mości:)
Chociaz z drugiej strony tak samo myślalam pare dni temu i sie mylilam.
Jaki wniosek? Nie przewidzisz jutra:) I to jest najpiękniejsze:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)