Ola in Big City

You only live once, but if you do it right, once is enough.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 sierpnia 2007

Time to say good bye

No i nie wiem jakim cudem ale 2 miesiace minely tak szybko ze zanim sie obejrzalam musze wracac....
Pierwszy raz od niewiadomo jak dlugiego czasu pada deszcz. Zawsze padal w nocy, ale dzis postanowil popadac na pozegnanie. No cush wiec, fajnie bylo. Naprawde spedzilam tu kupe dobrego czasu, bardzo dobrego. I bede za tym tesknila.
Ale czas wracac i dalej podbijac swiat. 10 dni w Polsce.... ciesze sie na sama mysl ze was zobacze:]

10 dni to za malo.

Ale no... jak to by powiedzieli amerykancy..... Life goes on...

środa, 8 sierpnia 2007

Moglabym tu zostac

... mimo tej sztucznosci i obludy i wszelkiej nienormalnosci, o ktorej tak sie rozpisywalam w pierwszych notkach. Nawet chcialabym tu zostac, wiesc spokojne, wygodne zycie, przejechac ameryke wzdluz i wszerz, jesc meksykanskie zarcie i usmiechac sie do ludzi na ulicy. Im blizej wyjazdu tym bardziej mi smutno. Czuje jakby to byl tydzien a nie dwa miesiace.
Oczywiscie byly momenty lepsze i gorsze, ale generalnie to na plus;]

No ale mam jeden maly problem: jesli ja tu zostaje to wy przyjezdzacie do mnie, bo inaczej to sie nie da na dluzsza mete. Substytuty przyjaciol zdaja egzamin tylko przez kilka dni. Pod slowem 'substytuty' kryje sie wiele znaczen, ale wszystkie sa tak samo zawodne.
No i jest jeszcze druga sprawa: mam do spelnienia misje poznawania swiata, hyhy, jak Kapitan Planeta. Wiec za tydzien macham do Chicago z samolotu na pozegnanie i zaczynam robic liste rzeczy do spakowania do Korei. Kurcze to bedzie tylko 20 kg.... nie wiem jak to zrobie.. przydalby sie Harry Potter:P

piątek, 3 sierpnia 2007

Doggy, doggy... ehh

Wlasnie mija tydzien jak rozpoczelam nowa prace, dodatkowa oczywiscie, przeciez z rstauracji bym nie zrezygnowala;P
Praca polega na tym ze nocuje w wielkim domu w bogatej dzielnicy, moge korzystac ze wszystkiego co tu maja, lacznie z jacuzzi, telewizorem na pol sciany i rewelacyjnym ekspresem do kawy, plus wieczory w duzym ogrodzie i spanie pod satynowa posciela. Rzecz polega na tym ze sa tu trzy bydlaszcze psy: Roxy, Lucky i Hunter, rasy jakiejs wilczurowatej. Mam je karmic (2 razy dziennie o 6 rano i 18, specjalnym pokarmem) i dawac witaminki, plus dbac o nie, wycierac specjalnymi sciereczkami o zapachu jablkowym i zbierac ich kupy. Do tego jeszcze wypuszczac ich do ogrodu jak sobie zazycza zrobic kupe czy cos tam. Szkoda tylko ze zachciewa im sie o 1, 3 i 5 rano....

Jest calkiem milo i przyjemnie, tylko ze jeden z psow jest strasznie stary i nie chce jesc. Juz sie nawet nie daje oszukiwac i zwodzic maslem orzechowym:( a ja boje sie ze mi zdechnie i wtedy dopiero bede miala klopoty...
Ludzie, ktorzy tu mieszkaja pojechali sobie na wakacje do Puerto Rico i maja swira na punkcie swoich pieskow... Zazwyczaj nie jezdza na wakacje, bo nie chca ich zostawiac samych... Ledwo wyladowali od razu dzwonia. Nie maja dzieci (nie liczac oczywiscie jednego z poprzedniego malzenstwa, ale ono mieszka tu tylko w wakacje) i sa przerazliwie bogaci, jak mniemam. A psy sa najwazniejsze na swiecie.

Tak wiec nie spie za duzo:P ale za to juz jutro zegnam sie z pieskami (mam nadzieje ze do tej pory wszystkie beda zywe...) i kosze 50 dolcow za noc.... razy 7 nocy.... :] Jak mowi moja kolezanka - to chyba najlatwiejsza praca pod sloncem.

No a z ciekawszych rzeczy to znowu polasilam sie na sushi, tym razem home made, przez zone kolegi z pracy, mmmmm.... rewela! A z jeszcze wazniejszych to ten post zostal stworzony na moim nowym Komputerze Marzen, ktory pobudza moje kubeczki smakowo - estetyczne:] Sliczny.... i uwazam ze kolesie z Appla to geniusze...

sobota, 28 lipca 2007

I love sushi!!!

Ja to nie wiem co zescie mi wszyscy naopowiadali o obrzydliwosci sushi i wyzszosci schabowego nad surowa ryba zawinieta w ryz. Otoz mialam szanse i przyjemnosc zjesc, po raz pierwszy w moim krotkim zyciu, prawdziwe pyszne sushi, ktore wygladalo tak:

i bylo tak pyszne ze gdybym tylko mogla jadlabym sushi codzienie do konca zycia!!! A do tego jeszcze gorace sake i po prostu zyc nie umierac! Pychote, niebo w gebie, moglabym sie nad tym tak rozwodzic... ;]

Dlatego uwaga do mojej sis: kochanie, powinnas sprobowac dobrego sushi to na stowe by ci posmakowalo:]
I do calej reszty: jedzcie sushi! ;]

środa, 18 lipca 2007

Niespodzianka!;]

Najwyzszy czas cos tu dopisac, cobyscie o mnie za bardzo jeszcze nie zapomnieli no i wiedzieli ze zyje, poki co.

Z najwazniejszych rzeczy, co mi do glowy wpadly to: UsA nie jest takie straszne... Mozna tu zyc i dobrze sie przy tym bawic. Jednak aby zapewnic sobie dobrobyt trzeba miec normalna prace, normnalna czyli niefizyczna. Z Gienkiem ustalilismy ze powinno to byc 6000 dolcow miesiecznie. Przy kosztach zycia w okolicach 2000 mozna w ten sposob calkiem przyjemnie spedzac czas;] Wbrew pozorom 6000 miesiecznie to nie jest tak duzo. Podstawowym warunkiem jednak jest miec glowe na karku i wyksztalcenie. Wyzsze wyksztalcenie nie jest tu tak popularne jak w Polsce, co jednak wcale nie oznacza ze trudniejsze do zdobycia:P Najciekawsze jest jednak milion opcji na ktore mozna potem wydawac kase. Downtown az tetni mozliwosciami, a kazda z nich jest atrakcyjna. I wcale nie chodzi mi o kupowanie ubran:P tylko o mozliwosci spedzania czasu.
Mozna np. zrobic sobie rundke po restauracjach, niektore sa naprawde rewelacyjne, jedzenie...mmmm, a ceny nie takie straszne (w porownaniu do polski i przy zalozeniu ze zarabiamy 6000$), albo przeleciec sie na Floryde, do Meksyku, Los Angeles albo Vegas, zabrac dzieciaki do parku rozrywki, pojecha na narty do Colorado... na prawde tysiace opcji, kazda konkurencyjna i kazda atrakcyjna.
Ameryka tetni mozliwosciami jesli chodzi o rozrywke i wydawanie kasy, na kazdym kroku.

Gdybym zarabiala 6000$ moglabym tu zostac.

A poki co... wprawilam w ruch machine spelniajaca marzenia;]]] i najprawdopodobniej w polowie nastepnego tygodnia bede szczesliwa posiadaczka najpiekniejszego komputera na swiecie;P Ehh, glupia:P

poniedziałek, 9 lipca 2007

To byly chyba najsmutniejsze urodziny. A jezeli nie najsmutniejsze to na pewno inne.
Siedzac sama przy barze przeklinalam bogu ducha winna ameryke i los. Po co ja tu przyjechalam? Tesknota, zwlaszcza w takich chwilach, jest jak choroba zzerajaca cie od srodka.
A na dodatek jak prosze o moje ulubione martini z wodka to daja mi vodka martini, czyli wode wymieszania z wodka:( Masakra. CHce do domu!

Po jakims czasie do baru dosiadly sie dwie amerykanki. Kwiaty lezace kolo mnie staly sie dla nich pretekstem do rozmowy. Jedna z nich okazala sie byc polka, znaczy "polskiego pochodzenia" bo z polskosci nic w sobie nie miala oprocz tego ze potrafila powiedziec: 'piwo', 'na zdrowie' i 'jak sie masz'. Smiesznie.

Sytuacja odwrocila sie o 180 stopni po 40 min. Do baru wkroczyli znajomi z pracy, a zaraz potem Ula ze swita. Zrobilo sie jak w prawdziwe urodziny, nawet ten pub nie byl tak bardzo amerykanski. Co prawda drink baru, w ktorym od kilku ostatnich lat spedzialam ten dzien, w niczym on nie przypominal, ale juz nie bylam sama.

I tak w glowie mialam ludzi, bez ktorych ten dzien to nie to samo i mam nadzieje ze wy tez o mnie mysleliscie. dzieki wszystkim za pamiec;]

piątek, 6 lipca 2007

Chapter Four: Day Off

[Z dedykacja dla tych ktorzy z niecierpliwoscia czekaja na moje kolejne bazgroly]

Dzis mam wolne. Tak, czwartki to dni kiedy moge sie wyspac i cala oddac sie poznawaniu Ameryki;] Wyruszylam wiec na podboj USa, zaczynajac od Chicago, a konkretnie to od plazy:P i to rowerem.
Droga prosta, bo tu naprawde ciezko jest sie zgubic (mi sie przydarzylo to tylko 2 razy:]). Przez 1,5h jechalam caly czas jedna ulica, minelam polska dzielnice, koreanska, chyba tez jakas quasi meksykanska az dojechalam do Lake Shore. 80 stopni F (nie wiem jak to sie na celsjusze przelicza ale to chyba kolo 30). Cel: nabrac brazowosci. Cel nie do konca zrealizowany, ale za to bola mnie wszystkie miesnie:P

Tu jest o tyle fajnie, ze rowery maja specjalne wyznaczone tory na prawie wszystkich ulicach, wiec jest calkiem bezpiecznie. Pisze 'calkiem' bo dopuszczalny poziom alkoholu we krwi w Illinois to 0,8 promila, czyli 4 razy wiecej niz u nas. Oznacza to mniej wiecej tyle ze jazda po pijaku nie jest tu prawie nikomu obca;]]] Dlatego czasem trzeba uwazac.

Ale wrocilam cala i zdrowa i siadam przed tv ogladac Lost, bo mnie skurczybyk wciaga. Dodam jeszcze ze wybrzeze jest sliczne. Jak sie stoi na brzegu to wydaje sie ze Michigan to morze a nie jezioro, kupa jachtow, skuterow i takich fajnych rzeczy. A niebo...eh... niebieskie, bez zadnej chmurki...slicznie.

czwartek, 5 lipca 2007

Independence Day

Coprawda dopiero mamy 6 p.m. i caly show jeszcze przede mna, ale warte wzmianki jest to co sie tu dzieje. Tym bardziej ze na zadne fajerwerki sie nie wybieram bo padam ze zmeczenia i wole sie wyspac;] ale wczoraj moglam odczuc namiastke 4th of July.

Przede wszystkim na dzis byly zapowiadane burze. Zaden Amerykanin nie moze sobie tego wyobrazic bo wtedy cala kasa wydana na fajerwerki poszla by ... do kosza;] Jak narazie niebo jest bez skazy wiec wszyscy poki co moga odetchnac z ulga - pokazy sztucznych ogni sie odbeda;]

W kazdym razie na wypadek gdyby dzis mialo nie wyjsc juz wczoraj w downtown rozpoczely sie pokazy. Dzielna reporterka Ola F tez tam byla;] Jak milion innych mieszkancow tego miasta. Ludu tyle ze sie w glowie nie miesci, nawet jak papiez przyjezdzal do Polski to tyle ludzi sie nie zbieralo co tu na fajerwerki:


Ale jak dla mnie to bez szalu to bylo. Mam nadzieje ze dzis dadza popis. Bo przyznam szczerze ze w Wawie na koncercie Lu Begi bylo duzo duzo bardziej widowiskowo jesli chodzi o fajerwerki.


Za to wszyscy maja dzis wolne, no prawie wszyscy bo ja pracowalam:P ale poniewaz ktos musi pracowac zeby inny mogl odpoczywac to mialysmy dzisiaj niezly zapierdziel - wszyscy maja wreszcie czas wyjsc sobie z rodzinka na lunch, najlepiej do rastauracji na Roscoe;] A poniewaz w downtown w nocy troche zabawilam i spalam powiedzmy ze niedlugo to, jak wspomnialam wyzej, padam na twarz i ide spac;]

p.s.
na stacjach benzynowych i pewnie we wszystkich sklepach, ktore mialy dzis okazje byc otwarte, przy okazji zakupow kazdy dostaje znaczek z flaga amerykanska do przypiecia na koszulke. szau pau:]

niedziela, 1 lipca 2007

sobota w nocy

co tu pisac? wiele nie trzeba...
jestem zdegustowana tutejszymi ludzmi, obyczajami i mentalnoscia
i naprawde poczulam tu jak bardzo kocham Polske
a tyle jeszcze czasu pozostalo do powrotu:(

(alez to patetycznie brzmi..:P)

piątek, 29 czerwca 2007

I'm the king of the world!

Jestem w stanie uwierzyc jak sie czul Dicaprio z Winslet na dziobie titanica. Co prawda nie probowalam jeszcze plywac na niezatapialnych statkach, ale spedzilam wieczor na szczycie wiezowca sasiadujacego z Sears Tower (czyli najwyzszego wiezowca w chicago i drugiego na swiecie). Widok byl oszolamiajacy.


Na tym zdjeciu niewiele widac, jedynie setki swiatelek, jak sie dobrze przyjrzec, ale to jest wlasnie to. Setki punkcikow az do nieba, tak jakby wszedzie pracowali mlodzi konsultanci i nikt nie spal:] Ewentualnie mozna jeszcze zalozyc ze to firmy sprzatajace siedza po polnocy w olbrzymich wiezowcach, ale smie powatpiewac:P

No ale przeciez ktos musi palic swiatlo w nocy bo inaczej, gdyby wszyscy poszli spac, to chicago straciloby swoj urok i zostalby juz tylko sam beton...

środa, 27 czerwca 2007

Deszcze niespokojne

Jak juz wspomnialam w USa wszystko jest wieksze. Nawet deszcze i burze.

W ciagu 3 sekund staje przed toba sciana deszczu, a na ulicy wody po kolana.
W ciagu nastepnych 20 min masz zalana piwnice a samochody plywaja, zwlaszcza pod mostami. Kolejne 10 min i juz wiesz ze nie dojedziesz do domu za chiny.

Ale po jakims czasie woda splywa do kanalizacji a wszycy wyciagaja swoje pompy i popuja wode z piwnicy. Przywykli do tego.
A wieczorem, kiedy ulice przesuszyly sie a ludzie uporali sie z woda, wszyscy znow wylegli z domow do restauracji, azeby zjesc obfita kolacje po ciezkim, wilgotnym i deszczowym dniu.

Kelnerka z mojej pracy miala cale mieszkanie zalane i zamiast przyjsc do pracy walczyla z zywiolem.
Dzieki temu po raz pierwszy zaliczylam ponad polowe doby pracujacej, jak to sie zwykle robi w tym kraju z ex-american dream.

wtorek, 26 czerwca 2007

Bar Chicago

Kolejny szok kulturowy...

Wchodze do klubu, w ktorym Amerykanie maja zwyczaj sie bawic. Popularny klub na Division Ave, ulicy pelnej klubow.
I udarza mnie, od samego wejscia jeden wielki syf i burdel. Stalam i sie gapilam, serio, jak na zjawisko przyrodnicze:
-wszedzie walaja sie miliony chusteczek papierowych
-kazdy jest pijany na maxa
-grube Amerykanki tancza na barze a kelner krzyczy tylko zeby nie tanczyly na boso
-co chwila sa konkursy w stylu Franka de Tanka (dla niewtajemniczonych: wlewanie sobie piwa do przelyku przez gruba rure:P)
-godzinna kolejka do lazienki!!!
-generalnie bydlo po godzinach:]




W pamiec zapadla mi dziewczyna (gruba Amerykanka) w atlasowej rozowej koszulce, podkreslajacej jej ksztalty, ktora wieszala sie na kazdym kolesiu ktory znalazl sie w zasiegu jej pulchnej dloni:P Absolutnie nic nie mam do grubosci:P pewnie sama sie nie zmieszcze w drzwiach samolotu jak bede wracala:P

A najgorsze bylo to, ze o 3;45 wszystkich wygonili, bo to najwyzszy czas na zamkniecie klubu, ehhh:(

Ale dobrze sie bawilam, tylko ze bardzo krotko. Znak, ze sie przyzwyczajam, albo lubie smakowac innych kultur:P

sobota, 23 czerwca 2007

Tak, tak...

pisze mniej ostatnio, co? Bo pracuje:P:P:P

Wreszcie znalazlam cos fajnego: Turquoise Restaurant. Na razie hostessuje, ale za to pyszne mam jedzenie i zajete wieczory...

I na podsumowanie dzisiejszego dnia od ostatniego klienta uslyszalam: You are very, very beautiful woman... Are you Polish or Russian? :P

Dziewczyny przyjezdzajdzie do Ameryki, tutaj Polki sa w cenie:P:P:P

Good night ladies and gentelmen:*

środa, 20 czerwca 2007

USA jest jak Coca-Cola...

...pelna sztucznosci.
Jesli nie powiesz 'Hi, how are you' zaraz powiedza ze jestes niegrzeczna i niewychowania. Ale jesli pytaja cie 'How are you?' to tak naprawde nic ich nie obchodzi co odpowiesz. Mozesz powiedziec ze wlasnie zawalil ci sie dom, masz AIDSa i przed sekunda zostalas postrzelona, a oni usmiechna sie i powiedza: 'Ok, that's fine. Have a nice day'.

Podejrzewam ze za kilka dni bede juz odporna na tutejsza sztucznosc i oblude ale toche mnie to wyprowadza z rownowagi.

wtorek, 19 czerwca 2007

Ola Mafiozo;P

Dzis zaliczylam dwie pierwsze prace.
Sklep i kawiarnia.

W sklepie dwie polskie i przeterminowane cizie udawaly mega amerykanki i darly sie na mnie i robily miny ze nie znam miliona cen golabkow, schabowych i surowek a poza tym ze nie umiem kroic miesa na krajalnicy. No nie ma co, polonia amerykanska robi szal. Ciezko jest mi zrozumiec, jak to moze tak byc ze jednak czlowiek czlowiekowi wilkiem. Powiedzialabym wiecej: Polak Polakowi w Chicago wilkiem.
Pracowalam 4h, narobilam sie jak glupek i uslyszalam, ze zadzwonia jak beda mnie potrzebowaly. Warty wspomnienia jest tekst "szefowej": chyba nie wyobrazasz sobie zeby glowna szefowa albo szefowa kuchni kroily mieso... Tylko ze szefowa i szefowa kuchni to caly stuff sklepu. Rewelacja:p Oczywiscie nie zaplacily mi.

Pojchalysmy wiec z Ula w poszukiwaniu pracy po kawiarniach, klubach i sklepach na Belmont. Wypelnilam kilka aplikacji, podzwonilam, pokrecilysmy sie i juz zrezygnowane mamy wracac do samochodu, kiedy z jakiejs obskurnej kawiarni jakis koles do nas wola zebysmy weszly. No to weszlysmy. A ja zostalam;]

Okazalo sie ze jest to wloska kawiarnia staruszkow:P Tylko ze wloska kawiarnia staruszkow mafiozow:P ktorzy trzepia w karty na zapleczu kase. A ja robie tam kawe:] Mam prace na weekendy. Polega na robieniu espresso, cappucino, usmiechaniu sie i zagadywaniu : How are you:P A Wlosi napieprzaja non stop w tym swoim wloskim.

Ale przynajmniej zaplacili:P

poniedziałek, 18 czerwca 2007

Polish Picnic

Polonia w Chicago stanowi dosc duzy odsetek. Polskie sklepy, polskie piwo (czesto ulubionym zamiast zywca jest okocim), polskie szkoly jezykowe itp. Jak sie nie zna angielskiego niekonieczne jest tu nawet rozmawianie po angielsku - wszystko mozna zalatwic wsrod swoich;]

No i jest tez coroczny piknik polonijny organizowany przez tutejsze Polskie Radio. Fajnowa okolica, zaraz pod granica z Wisconsin. Duuuuzo ludzi przyjechalo, mimo upalu i wypili duuuzo piwa, przez upal:P



Ale Polacy amerykanscy nie roznia sie za bardzo od Polakow mieszkajacych w Polsce:]



Gwiazda pikniku byl Borysewicz, ktory specjalnie na te okazje przyjechal z Polski, zeby dac popis przed Polakami na emigracji. No i dal:( I zostal wygwizdany. Nie zaspiewal sam ani jednej calej piosenki, przyjechal z jakims przydupasem, ktory spiewal za niego, a poza tym byl nacpany.

Dodatkowo, powiedzial ze nie zagra jesli nie dostanie za to wiecej kasy. I siedzial w limuzynie i czekal na gotowke:




W kasetce trzymanej przez ochroniarza sa pieniadze, duze pieniadze, z gory placone, za to aby borysewicz wysmial sie w twarz Polakom w Chicago i pokazal jak bardzo ma ich gdzies. Zenada.

A ja spedzilam piknik nalewajac piwo:] Bardzo bylo przyjemnie. Ustawilismy z Gienkiem stanowisko do nalewania, wystawilismy kubek na tipy i po kilku godzinach uzbieralo sie ponad 60 dolcow;] milo;] Panowie, ktorzy stali w kolejce smiali sie, ze pewnie jeszcze nigdy nie zaspokoilam tylu mezczyzn na raz;] No cush, piwo zawsze jest najbardziej pozadanym towarem (piwo, nie ja:P), zwlaszcza przy takiej temperaturze.

sobota, 16 czerwca 2007

Down Town Girl

Wstalam wczesnie rano, i tak nie moge spac przez ta zmiane czasu. I w miasto!
Piersze co udarza w twarz i zabiera oddech po wyjsciu z podziemnej kolejki w samo centrum chicago to sciany do nieba.


Beton, stal i szklo. Jak na filmach caly czas.
Ale kilka przecznic dalej zza drzew (tak, sa tu drzewa grant parku) wylania sie woda:
"

Niesomowite wrazenia, zwlaszcza w temperaturze 38 stopni!
Ucieklam wiec do Oceanarium. Zmarzlam:P Ale za to popisywaly sie przede mna delfiny i pingwiny. Kurcze, opowiadac mozna by caly dzien jak tu jest inaczej. Inne podejscie. Za rogiem slyszysz "How'r you doin'" i kazdy sie usmiecha i pomaga, jesli trzeba. W dodatku zawsze jestes "Very very welcome".

Wiecej w galerii

Zgadnij co to




Odpowiedz wkrotce;]

Dopisane 17.07: a wy to juz od razu myslicie ze to niewiadomo co:P a to swieza trawa... :]

piątek, 15 czerwca 2007

Pierwszy dzien w miescie olbrzymow

Tutaj wszystko jest wieksze: wieksze samochody, szersze drogi, wieksze napisy, wieksze swiatla, nawet butelki z mlekiem sa wieksze i wygladaja jak kanistry;]No i powszechnie wiadomo, ze Murzyni maja wieksze... no wiadomo:P
Jest mega goraco, ale podobno jeszcze nie jest tak strasznie... Efekt goracosci jest potegowany przez wszechobecny asfalt i beton, az nie da sie oddychac.

Ale za to ciuchy maja tu tanie;]]] to najwazniejsza rzecz! I jest element polskosci:




Prawie jak w domu;]]]

Polakow tutaj jednak znalezc mozna sporo. W sumie nie zamienilam dzis chyba slowa po angielsku a przeszlam cala miejscowosc Harwood Heights. Jutro jade do down town, pewnie bedzie lepiej.

czwartek, 14 czerwca 2007

Chicago American dream

Kurcze, tu jest jak na filmach amerykanskich. Myslalam ze filmy amerykanskie sa tak jak polskie - jedna wielska sciema. No i nie sa, jak sie okazalo. Przedmiescia... rowno przyciete trawniki w calej dzielnicy, dzieci graja w baseball, a w telewizji milion kanalow.

W samolocie strasznie duzo hindusow. Ten siedzacy obok mnie mieszka w chicago od 10 lat. Uwaza ze to najlepsze miejsce na swiecie: jest czysto i jest porzadek. Na codzien zajmuje sie konsultingiem GPS. Ma 26 lat. A poza tym, cala mieszanka ludzi, Polakow wcale nie jest tak duzo jak mowia.

Jestem juz pijana powietrzem i winem wiec mowie wam dobranoc, mimo ze w polsce jest juz rano.
Locations of visitors to this page