Ola in Big City

You only live once, but if you do it right, once is enough.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Seoul. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Seoul. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 stycznia 2008

Sylwester w Seoulu

Sylwester w Korei to nie jest zabawa pełna fajerwerków, balonów i konfetti. Ostatni dzień grudnia robi bardziej za święto zmarłych, kiedy to na stole stawia się zdjęcia przodków i kłania się im, przygotowuje się specjalne świąteczne jedzenie i dzień spędza się z rodziną. Ale już wiemy, że możemy wprowadzać polskie zwyczaje w koreańską kulturę, tak więc celebrowaliśmy sylwestra w polsko-koreński sposób. Specjalnie dla obcokrajowców przygotowany został koncert w downtown. Jednak ma się to nijak do naszych polskich szaleństw sylwestrowych. Po północy wszyscy rozeszli się do domów. My jednak nie skończyliśmy zabawy;))))




Ponieważ mamy mnóstwo przygód w tej malutkiej Korei to i tym razem nie obeszło się bez nich:) Tak więc zupełnie niespodziewanie natknęliśmy się na Polaków, w dodatku Polaków z mafii krakowsko-pruszkowskiej albo jakiejś tam, w każdym razie kręcącej brudne interesy z Koreańczykami. Biedni panowe myśleli, że Korea to tylko to, co widzą w downtown, i byli bardzo zawiedzeni jedzeniem, ludźmi i widokami. Ponieważ przez kilka miesięcy trochę żeśmy się dowiedziały o tym kraju to pierwsze godziny nowego roku spędziłyśmy instuując mafię gdzie się bawić w Seoulu, co jeść i co zwiedzać, pisząc po mapie tegoż miasta i zapisując po koreańsku nazwy potraw, żeby panowie nie mieli problemu z ich odnalezieniem w menu;))) Dobry uczynek w nowym roku - niespodziewanie i niedoczekanie;))) Ale co tam, raz żeśmy się szarpnęły - norma wyrobiona;)

Spotkaliśmy też dzielnych panów policjantów patrolujących ulice i jak to zwykle bywa z policjantami, zorganizowaliśmy sobie sesję zdjęciową. Teraz już przynajmniej wiemy dlaczego policjanci noszą odblaski na swoich mundurach - ażeby ukryć ich tożsamość na zdjęciach:))))

PróbowaliśĶy pare razy, z lampą i bez, no i efekt widoczny powyżej - piękne sylwestrowe koreańskie odblaski stróżów porządku;))))

Nie wiem tylko co może oznaczać fakt, że o 12 w południe wywalili nas z hotelu mówiąc, że pokoje są tylko na noc, a nie na dzień i nie pozwalając nam zostać na kolejną dobę. Mówi się, że jaki pierwszy dzień w roku taka i reszta.... Pewnie dlatego Iwonka zmieszała z błotem Koreańczyków z motelu, pewnie dlatego zjedliśmy śniadanie w Burger Kingu i lody w Maku;) I pewnie dlatego przez kolejną godzinę szukaliśmy noclegu;))) Na szczęście wszystko już gra, hotel mamy wypas, wreszcie jakiś Koreańczyk okazał się życzliwy:) To ostatnie jest najlepszym znakiem na kolejny rok kolorowego i pasjonującego życia Oli Floo;)))))

czwartek, 13 grudnia 2007

Wybory w Korei

19 grudnia Koreańczycy wybierają się do urn. Przyszedł już czas na znielubianego prezydenta Roh Moo Hyuna.
Bardziej błyskotliwi Czytelnicy zdążyli już się zorientować, że 19 grudnia to środa, nie niedziela, jak to by było w Polsce. Zapytany o przyczynę takiego ustalania daty wyborów, jeden z profesorów na uczelni powiedział, że gdyby wybory były w niedzielę to frekwencja byłaby dwa razy niższa, bo Koreańczycy wtedy zazwyczaj chodzą w góry i nie mają czasu na obywatelską powinność. A tak, mają dodatkowy dzień wolny:))) Ciekawe rozwiązania. Wcale nie pogniewałabym się, gdyby robiono nam dni wolne z okazji wyborów;) Przecież nie mamy ich tak dużo...

Kampania wyborcza przebiega tu w dość ciekawy sposób. Mamy kilku kandydatów:



Aby obywatele nie czuli się zdezorientowani, kandydaci są przedstawiani razem, co zmniejsza możliwość walki o miejsce reklamowe:

Za to stosowane są tu inne sztuczki.

Ciekawym zjawiskiem są jeżdżące sceny i podesty. Na większych skrzyżowaniach Seoulu można spotkać takie właśnie otwarte ciężarówki z mównicami i głośnikami, z których leci radosna, przyciągająca uwagę muzyka (dziś np. minęłyśmy podeścik z piosenką: "Don't worry, be happy" w wersji koreańskiej;)). Ciekawiej robi się kiedy po przeciwnych stronach tego samego skrzyżowania stają dwa konkurencyjne pojazdy. Wtedy dochodzi do, typowego w Korei, zjawiska zwanego potocznie "przekrzykiwaniem się" :) Dodam jeszcze, że jeżdżące podesty poobklejane są numerami kandydata, na którego należałoby zagłosować.

Innym zabiegiem marketingowym jest wykorzystanie potęgi czynnika ludzkiego, czyli prostymi słowami: wystawianie na dużych skrzyżowaniach grup ludzi przebranych w barwy kandydata. Ludzie ci są zazwyczaj w pewnien sposób utalentowani, więc synchronicznie tańczą i śpiewają pokazując na palcach magiczny numerek, na który należy głosować:

Aż się miło robi jak się mija takich wesołych roztańczonych ludzi ubranych w misiowe czapki i uczy Myszki Miki;))) Nic tylko głosować! ;)

We wszystkich sondażach prowadzi pan Lee Myung-Bak (kandydat nr 2). Biedny jednak musiał uporać się z zazdrosnymi przeciwnikami, którzy posądzili go o manipulacje cenami akcji i różne podobne brzydkie rzeczy. Okazało się jednak, że to spisek, plotki i pomówienia, a najpoważniejszy kandydat wyszedł cało z sytuacji, a nawet lepiej (zgodnie z zasadą: Co mnie nie zabije to mnie wzmocni;P).

Więcej informacji można znaleźć np tu i jeszcze tu - o głosowaniu przez smsa;)

poniedziałek, 10 grudnia 2007

Bliskie spotkanie III stopnia z...

... ajummą (czyt. adżummą, po koreańsku: 아줌마).
Zanim spotkanie zostanie opisane, po krótce przedstawię sylwetkę ajummy.
Jest to więc dosłowie kobieta zamężna. Posiada ona jednak dosyć charakterystyczne cechy, które wpływają na unikalność tej warstwy społeczeństwa. Ajumma zazwyczaj jest niewysoka i posunięta wiekiem, co widać także po jej ociężałej już sylwetce. Zazwyczaj (w 99% przypadków) ma krótkie kręcone włosy, poddawane milionom trwałych i farbowań, a do tego dość grubą wartwę makijażu i kolor pomadki rzucający się w oczy (ajumma gustuje zazwyczaj w rażących różach lub szkarłatnych czerwieniach).

Ajumma jest kobietą doświadczoną przez życie, więc wie jak sobie poradzić w zatłoczonym Seoulu. Jeśli w metrze jest dużo ludzi, próbujesz wyjść, a ktoś cię pcha od tyłu, to z pewnością ajumma.
Dość popularny jest nawet dowcip:
- W metrze jest jedno wolne miejsce. Kto pierwszy usiądzie: batman czy superman?
- Ajumma!
Codziennym widokiem jest kilka plastikowych toreb w rękach ajummy, wydzieranie się na ulicy i zwracanie uwagi młodszym, niegodnym ajummy osobnikom. Ajummie zawsze się spieszy, wszędzie jej pełno...

Ola znosiła z wrodzoną jej tolerancją łokcie ajummy kłujące ją po bokach w metrze i jej wyścig po miejsce, kiedy tylko otworzą się drzwi. Przyzwyczaiła się już do tramwajów warszawskich... Jednak dziś przyszło jej stanąć w kolejce w banku, aby załatwić sekundową sprawę wymiany waluty. Była pierwsza w kolejce, ale kątem oka zauważyła skradającą się ajummę, która do tego naradzała się z inną... Chwila nieuwagi i kobieta z kręconymi włosami przykrytymi różowym kapeluszem pchała już swoją tylną część ciała między Olę i krzesło, na którym Ola miała właśnie usiąść w celu dokonania transakcji.

Grzeczne zwrócenie uwagi, że tutaj jest kolejka nie za bardzo obchodziło intruza, który rzucił zdawkowe (o ile mi się dobrze zrozumiało): Ja tylko na moment. Ola dałaby sobie spokój gdyby nie to, że ona też tylko na moment, ludzie na nią czekają a w dodatku, nauczona doświadczeniem, dobrze wie, że ajummie zajmie to więcej niż moment.
Jednak przeciwnik okazał się bardziej wytrzymały i już zdążył rzucić swoją torebkę na krzesło, a Oli dostało się łokciem.
Poziom furii wzrastał. Przez głowię Oli przemknęło milion myśli:
- Na chwilę? Taak? Za chwilę to twój różowy kapelusik znajdzie się za oknem...
- A może by tak kopnąć panią ajummę, że kapelusik jej spadnie sam...
- Oddam jej też łokciem;))) Sa sa sa, a może nie...może kopnę w tyłek..;)
- Znam takie jedno obrażliwe słowo, niech tylko na mnie popatrzy to jej powiem co o niej myślę...
- Skąd się to w ogóle bierze, że taka wścibska baba wpycha mi się pod nos bezczelnie???

Ola jednak oprzytomniała a jej myśli ją samą zaskoczyły. Przecież z natury jest dobrą i miłą dziewczynką... Podeszła więc po numerek do innego okienka. Pomyślała, że trudno, najwyżej pogimnastykuje się językiem migowym (bo pani, do której stała w kolejce, była jedyną mówiącą po angielsku). Udało się jednak bez problemu, a kiedy Ola odchodziła od okienka to ajumma jeszcze załatwiała swoją 'szybką' sprawę. I oglądała się, czy przypadkiem ta młoda obcokrajowczyni już za nią nie stoi;P

Jaki z tego morał? W życiu trzeba sobie umieć poradzić:))) Chyba pokręcę sobie włosy....;P

niedziela, 2 grudnia 2007

Polsko-koreańscy mnisi

Jak już wcześniej wspominałam świat jest mały, o czym ponownie przekonały się bohaterki tegoż właśnie skromnego Bloga.
Udając się na coniedzielne rozmowy o życiu w buddyjskiej świątyni nawet nie spodziewały się, że przyjdzie im dzisiaj usłyszeć język polski z ust innych niż swoich własnych:) A jednak...

W trakcie medytacji podszedł do nas mnich Dyrektor i wyszeptał, że w świątyni są Polacy. Czując przypływ patriotyzmu i falę polskości zaczęłyśmy się rozglądać po twarzach - kto tu może być Polakiem... Pomyliłyśmy Czechów z Polakami, ale to tak blisko, że prawie to samo;P

Po dharma talk poznałyśmy wielką trójcę mnichów i mniszek Polaków. Jakże zrobiło się miło! Jak fajnie, przyjemnie, rodzinnie:) Gadka szmatka, stoimy i rozmawiamy o polskim chlebie, wódce i kiełbasie... Tęsknota za krajem zbliża tak bardzo, że zostałyśmy uraczone opowieścią o gotowaniu barszczu czerwonego po cichaczu gdzieś w górach i przygotowywaniu likieru bananowego, a także o wyższości polskiego jabola nad koreańskim soju (które nota bene nie jest z ryżu, jak nam się wydawało, tylko ze słodkich ziemniaków - fuj:P).

Doszłyśmy do wniosku, że nie ma to jak polski wyluzowany facet! Nawet jeśli jest mnichem to przynajmniej można normalnie pogadać o bzdurach, które jednak stanowią jakąść część nas, czyli o kraju, hehe:) No i zaproszenie do Californi i nic tylko lecieć przed siebie, do mnichów Polaków w Stanach - to byłby niezły ubaw!

sobota, 1 grudnia 2007

Wyższość Korei nad Stanami

Dostrzegam bardzo znaczącą różnicę między dwoma krajami wymienionymi w temacie - z korzyścią dla Korei.
W Stanach wyganiali mnie z klubu zazwyczaj najpóźniej (co zdarzyło się tylko raz, bo zazwyczaj wcześniej spotykała mnie ta nieprzyjemność) o 4 rano. A przecież powszechnie wiadomo, że wtedy dopiero zaczyna się prawdziwa zabawa: na parkiecie pojawiają się wolne przestrzenie, że człowiej już nie tańczy podrygując jak śledź w puszcze, ale wreszcie może dać upust swoim namiętnościom drzemiącym w środku i wymachać się rękami, nogami, pupą i włosami;))) A tutaj, w Seoulu, nikt nie zwraca na to uwagi - o 4 to było najwcześniej, kiedy grzecznie poproszono nas o wyjście i to z wielkim poczuciem winy, dając nam na drogę lody sorbet, żeby nie było nam przykro...

A kluby... Pisałam już o Club Day'u - imprezie do rana z szalonymi Koreańczykami. Podobnie wczoraj - wytańczyłam się za wszystkie czasy i przyzwoicie wróciłam do akademika, podkreślam - porządnie wytańczona (czego okazuje się potrzebowałam najbardziej na świecie) o przyzwoitej 7. Przynajmniej nie trzeba było wracać po nocy, korki też nie były jakieś duże (bo sobota i nie wszyscy pracują;P). I grzecznie poszłam na spoczynek.

Niech żyje clubbing do białego rana! Niech żyją kluby otwarte do ostatniego klienta!!! Jeeee.
Duży ukłon w stronę koreańskich klubów i wielki jęzor w stronę amerykańskich;)

W Korei wcale nie jest łatwo...

2007 Seoul Town Meeting - konferencja organizowana od kilku lat specjalnie dla obcokrajowców zamieszkujących Seoul w celu konfrontacji ich obaw, problemów i trudności mieszkania w tej metropolii z władzami miasta i przedstawicielami rządu. Tysiące pustych słów, jak to rząd pomaga obcokrajowcom, poprzez organizowanie imprez integracyjnych dla małżeństw mieszanych oraz cooking classes, tysiące pytań pozostawionych bez odpowiedzi kolejny raz z rzędu...

Okazuje się jednak, że życie w Seoulu wcale nie jest takie kolorowe, ale ludzie mieszkający tutaj kilka, kilkanaście lat codziennie borykają się z irracjonalnymi i wręcz groteskowymi problemami, które wynikają z chorego prawodawstwa i ciągłej potrzeby Koreańczyków do naradzania się, dyskusji i przemyśleń zamiast do działania. Najciekawsze jest to, że to rząd koreański z całej siły stara sie przyciągnąć obcokrajowców do Korei, w celu zwiększania inwestycji zagranicznych i globalizowania Korei - w kraju, gdzie obcokrajowcy stanowią 2% to całkiem ważna sprawa.

Oto pare "kwiatków" wyłapanych w dniu wczorajszym:

- Podwójne obywatelstwo w Korei jest niedopuszczalne; wobec tego jeśli np. Amerykanka wychodzi za Koreańczyka to albo zrzeka się swojego amerykańskiego obywatelstwa albo jej dzieci formalnie nie mają matki.

- Po rozwodzie, małżonek, który nie jest Koreańczykiem traci prawo do pobytu w Korei i musi starać się o wizę albo pakować walizki. A co z dziećmi?

- Brak szkół międzynarodowych, dla dzieci np. inwestorów.

- Aby założyć konto w banku, zarejestrować się na stronę internetową, kupić telefon komórkowy itp itd niezbędny jest Numer Identyfikacyjny (coś jak nasz PESEL). Problem polega na tym, że obcokrajowcom takie numery nie są przyznawane.

- Jeśli już uda się komuś założyć konto w Korei (jest to mimo wszystko możliwe po przejściu przez tysiące urzędów i podań, no i znajomości) to i tak nie może wyciągnąć z niego pieniędzy w żadnym innym kraju poza Koreą. Aby móc używać konta w innym kraju trzeba mieć konto dolarowe, które jest jeszcze trudniej założyć niż zwykłe. Wynikają z tego takie problemy jak np. nauczyciel angielskiego po zakończeniu kontraktu wraca do siebe do USA, a pieniądze za prace są mu przelewane po wyjeździe (bo w Korei to tyle trwa). Wtedy, aby pieniądze odzyskać, należy jeszcze raz pokonać drogę Stany-Korea, wypłacić pieniądze w bankomacie, zamienić je w banku na dolary i wsiąść w samolot. Zaden problem.

- W Korei jest sporo inwestorów, jest dla nich nawet specjalna wiza. Tylko, że jest podział na inwestorów lepszych i gorszych. Jeśli przyjeżdzasz do Korei, aby zainwestować mniej niż 1,5 mln dolarów, to lepiej nie zabieraj ze sobą rodziny, bo nie ma ona żadnych praw - a już na pewno nie spodziewaj się, że twoja żona będzie mogła pracować - to jest zabieranie miejsc pracy Koreańczykom.

- Aby dostać wizę E-2, która jest pozwoleniem na pracę jako nauczyciel angielskiego, trzeba się nieźle nagimnastykować - zrobić milion badań, przeprowadzić rozmowę w konsulacie, mieć czyściutką przeszłość i takie tam. Tylko, że jak już taki nauczyciel przyjedzie do Korei to ma mega ograniczone prawa. Powodem takiego stanu rzeczy jest to, że jakiś czas temu prasa koreańska nagłośniła sprawę o nadużywaniu narkotyków i alkoholu przez jakichśtam nauczycieli. Dodatkowo "ci ludzie pracują z dziećmi, więc wymagają dodatkowej kontroli". Dodam, że to bardzo popularne tu, że ludzie ze Stanów i Kanady podpisują roczne kontrakty na nauczanie ang. Zdarza się jednak, że nie dostają zapłaty, borykają się ze swoimi nieuczciwymi pracodawcami, nie mają się do kogo zwrócić, nie mają praw i są traktowani, jak oni to wyrażają - jak niewolnicy.

- Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze takie przyziemne sprawy jak to, że taksówkarze potrafią wykopać obcokrajowca z taksówki, nikt nie jest w stanie ogarnąć ludzi jeżdżących po Seoulu na skuretach i wciskających się w każdą dziurę, nie respektujących żadnych przepisów i narażających życie wielu uczestników ruchu drogowego. Zadzwonić na policję? Rewelacja - nikt nie mówi po angielsku, zgłosić kradzież, napaść, cokolwiek - patrz wyżej. Nie ma gdzie zadzwonić, gdzie uzyskać informacji, nic.

Tak piękne jest życie w Korei. Ale ludzi coś tu trzyma:)))

sobota, 24 listopada 2007

Osobliwa rozmowa

Moja koreańska komórka zaczyna dzwonić. Numer nieznany.Odbieram i słyszę potok słów.
Wszystko by było ok, gdyby te słowa nie były po koreańsku.
Więc grzecznie mówię: English, please.
W odpowiedzi słyszę kolejny potok słów, tym razem w przyspieszonym tempie.
Jedyny ratunek, jaki przyszedł mi do głowy: Hangukmal mullajo (co oznacza, mniej więcej, że po koreńsku do mnie nie dociera).
Mój rozmówca po tym stwierdzeniu najwyraźniej uznał, że skoro wydusiłam z siebie takie skomplikowane zdanie to jestem w stanie zrozumieć wszystko więc mówił dalej swoje, tym razem wolniej. Nawet udało mi się rozszyfrować słowo 'gdzie' :P

Najwyraźniej jednak osoba po drugiej stronie spodziewała się koreańskiego rozmówcy i po prostu pomyliła numery. Dlatego też, nie chcąc jeszcze bardziej rozczarować nieznajomego moją nieznajomością języka, odłożyłam słuchawkę.

wtorek, 20 listopada 2007

Świat jest taki mały!

Wybrałyśmy się na zakupy świąteczne... Tak już czas, zwłaszcza, że paczka do Polski będzie szła z miesiąc!
W tym właśnie celu odwiedzona została jedna z głównych ulic zakupowych z pamiątkami - Insedong. Ale ponieważ mamy szczęście do spotykania nowych ludzi to jeszcze zanim dotarłyśmy na miejsce to w starszym Koreańczyku, widzącego nas z mapą, odezwał się instynkt Koreańczyka-pomocnika i zaprowadził nas w poszukiwane miejsce. Jak tylko dowiedział się, żeśmy dziewczyny prosto z Polski, zaczął mówić do nas po niemiecku;))) Informacje, że w Polsce mówimy po polsku nie bardzo do niego docierały. Naszczęście Iwona potrafi zrozumieć pojedyncze słowa, takie jak 'ale' i 'nic' więc dogadaliśmy się;))) Pan Koreańczyk dał nam milion folderów o filmach i dzielnicy Seoulu, w której akurat przebywaliśmy, nie zważając na fakt, że były one po koreańsku. Ale kogo to obchodzi - liczy się przecież gest;)

Wciągnął nas wir zakupów - od straganu do straganu, pałeczki, kubeczki, kolczyki i wszystkie te rzeczy, które oczywiście nikomu nie są potrzebne, przykuwały naszą uwagę. Będąc tak pochylona nad kupą przeróżności nagle zamarłam i natychmiast się wyprostowałam, jednocześnie obracając się. Cóż to mogło wywołać we mnie taką reakcję, przecież na codzień świecę przykładem spokoju i opanowania...;) Ale nie tym razem: usłyszałam język polski! Ludzie, z których wydobywały się dźwięki, chyba zauważyli mój niepokój, bo też się zatrzymali i patrzyliśmy sobie w oczy kilka sekund;)))
Po czym z mojej twarzy wydobył się dźwięk: 'Dzień dobry'.

Takie głupie 'dzień dobry' a łamie lody i już po kilku chwilach odkryliśmy, że mamy wspólnych znajomych...:) Zaraz potem pojawiła się obok polska mniszka i szybko pożałowałam, że wyjawiłam niektórych wspólnych znajomych, no ale mam nadzieje, że drzwi prowadzące na niedzielne mowy Dharmy nam się nie zamkną. Grupka Polaków okazała się, jak to się przedstawili: "Polskimi buddystami", którzy przyjechali do Korei na jakieśtam obchody czegośtam i różne uroczystości. Zaproponowali nam wycieczke do Hongkongu, a my takich rzeczy przecież nie odmawiamy;)))) Więc w ciągu tygodnia okaże się, czy znajomość z polskimi buddystami zakwitnie, czy też, jak przypuszczamy, umrze śmiercią naturalną.

Wniosek: nie jest ważne w co wierzysz, pewne rzeczy w ludziach są zawsze takie same, i to nie są te dobre rzeczy - ot, taki mały wnioseczek mi się nasunął po krótkiej rozmowie przepełnionej troche sztucznością, troche czymś, czego nie potrafie nazwać.

No i jeszcze, dla zaznaczenia obecności Iwony na tym blogu i jej udziału w powyższych wydarzeniach, sztandarowy tekst: "Dlaczego mi się to zdarza?" ;P

sobota, 17 listopada 2007

Przerwa techniczna...

Karastrofa, trauma i koniec świata...Armagedon, świat się wali, co ja mam biedna począć?
Takie myśli kotłowały mi się wczoraj po głowie.
Przyczyna była makabryczna: brak internetu w pokoju akademikowym.
Nie ma internetu, nie ma kontaktu ze światem, co się w ogóle dzieje?
Nagle zapragnęłam obdzwonić całą rodzinę i wszystkich znajomych, sprawdzić co tam słychać w polityce, zacząć szukać materiałów do prezentacji i zaznaczyć swoją obecność na blogu... A tu dupa. No nie ma, nie ma internetu.
Dusza płacze, widzę, że mój Zizi też czuje się nieswojo, a ja nie wiem co ze sobą uczynić...
Już nawet w ramach konsultacji dot. organizacji piątkowego wieczoru, zamiast włączyć Skypa, musiałam wstać i przejść się do pokoju obok!!! To przechodzi ludzkie pojęcie! Kosmos, a Ola czuje się...hmm...nieswojo to mało powiedziane...

No i co zrobiła Ola? Położyła się i zasnęła w ramach odrabiania strat spowodowanych całonocnymi konwersacjami na linii Korea-Polska...

Chyba mam syndrom odstawienia...;)

niedziela, 11 listopada 2007

Templestay w Hwa Gye Sah

Jak się okazało, zapowiadana kolejna niedziela wcale nie była taka nieuduchowiona (Patrz tu). Tym razem już od soboty zażywałyśmy mnisiego życia w świątyni buddyjskiej.
Na początek dostałyśmy tzw. dharma clothes. Wygląda na to, że mnisi to racze pokaźni chłopcy, bo ubranka były troszeczke za duże:

I znowu widziałam wyraz twarzy Iwony: "Ola, znowu nas wpakowałaś", ale szybko jej mineło;)

Zaczęło się od herbatki i pogadanki z Naczelnym Mnichem, po czym godzinna medytacja, śpiewy (mnisi przez prawie całą dobę bez przerwy śpiewają w świątyni mantry i sutry... tworzy to niesamowity klimat, bo śpiew przenika przez ściany) i do łóżeczka o 21;P a tak wcześnie tylko dlatego, że pobudka jest o 3 rano! Jeszcze nam sie nie zdarzyło pójśc o tej porze spać....
A następnie: 108 pokłonów, godzinna medytacja na siedząco, walking meditation, godzina na siedząco, sprzątanie, zamiatanie i obieranie o krojenie owoców;) No i nie spałyśmy od kilku godzin a na dworze jeszcze było ciemno... O tej godzinie to co najwyżej zdarzyć nam się mogło wrócić z imprezy w norebanie, heh:P
Po śniadaniu przerwa, a potem znowu medytacja: siedząca, stojąca, siedząca, stojąca i siedząca. Najlepsze zostało na koniec: dharma teaching - bardzo fajny wykład mnicha wizytującego, ze Stanów.

Fajnie było, odświeżony umysł, naładowana bateria na kolejny tydzień nie-wiadomo-czego (bo w tej Korei to nigdy nie wiadomo co się stanie).

piątek, 9 listopada 2007

Han Ji czyli koreańskie pudełka

Ola miała dziś okazję wypróbować swój artystyczny zmysł i swoją cierpliwość.
Powszechnie wiadomo, że zalążki estetyki u Oli znaleźć można, w przeciwieństwie do cierpliwości.
Mimo wszystko nasza bohaterka postanowiła zmierzyć się z samą sobą i stworzyć koreańskie pudełko;)
Zaczęło się niewinnie:

Mając gotowy szablon Ola mogła odetchnąć z ulgą: przynajmniej nie kazali jej niczego wycinać:)
Po paru minutach i kilku palcach sklejonych super klejem:

Następnie pudełeczko trzeba trzeba okleić papierem, którego nazwy nie pamiętam (kajam się - powinnam chłonąć te nowe wyrazy jak gąbka wodę;P). To już nie była łatwa sprawa, bo każdy kawałeczek papieru należało posmarować 'koreańskim klejem", potem dokładnie przykleić, wyrównać i takie tam. Efekt nie był jednak zachwycający:

No ale to nie był jeszcze koniec:) Ola wiedziała, że jest dopiero w połowie drogi do zwycięstwa. Czekała ją jeszcze zabawa z tymże samym papierem koreańskim, tylko tym razem "naturalnie zabarwionym". Dostając do ręki papier nasłuchała się także o nowym stylu życia Koreańczyków: bogacą się i chcą prowadzić "wellbeing" - dlatego papier jest barwiony naturalnie;P Ola zrozumiała, że w Korei wszystko da się wytłumaczyć szeroko pojętą "zdrowotnością". Słyszy o tym także kiedy je wodorosty, suszone rybki i odmawia ośmiorniczek;P
Wracając do pudełka.... Po 2 godzinach pracy efekt był już znacznie ciekawszy:

I rzut z lotu ptaka;)


Dzieło ukończone! Musi tylko wyschnąć, aby można było je "uczesać" specjalną szczoteczką:)
Cierpliwość zrodziła się w Oli, a artystyczna dusza została pobudzona;)

HanJi ma już swoje przeznaczenie: będzie służyło jako pudełko na kolczyki, bo do tej pory Ola trzymała swoje skarby w pudełku po kawie;)

wtorek, 6 listopada 2007

Friendship after lunch:)

Dzisiejszy dzień sponsoruje liketka M jak Myeong-dong - dzielnica, której do tej pory nie widziałyśmy więc dzisiaj właśnie nadszedł jej czas dla naszych oczu:) Typowa koreńska dzielnica, pełna wszystkiego:


Ale mimo tego zgiełki i hałasu widocznego na zdjęciach, można też znaleźć tu ciszę i spokój na popołudniową prasówkę:


Nie miałyśmy jednak, dla odmiany, za dużo szczęścia, bo:
1. Nie znalazłyśmy kebaba, na który tam poszłyśmy (a w przewodniku było napisane, że jest...a my takie stęsknione za kebabem z Świętokrzyskiej...:/) - prawdopodobnie już dawno został zamknięty, bo Koreańczycy wolą swoje bulgogi.
2. Katedra, którą poszłyśmy oglądać była w remoncie, więc prawie jej połowa była przykryta siatkami.
3. Korean Village we wtorki jest zamknięte (a dziś wtorek) - weszłyśmy do środka, ale nie wszystko było udostępnione turystom.
4. Nie znalazłyśmy Mini zoo, mimo, że szukałyśmy go z godzinę. W sumie to dobrze, bo okazało się, że tak naprawdę żadna z nas zoo nie lubi. Pytanie tylko dlaczego wymyśliłyśmy sobie, żeby je zobaczyć??? :P

Mimo wszystko było bardzo miło, słoneczne popołudnie, niebo czyste i było co oglądać i tak:)

Kiedy tak sobie wędrowałyśmy ulicami zatrzymał nas jakiś koleś - twarz niekoreańska - dziwne:P
Zwrócił się do mnie, jak zwykle, nieogryginalnie pytaniem skąd jestem.
Przedtawił się jako Włoch - Ken. Iwona twierdzi, że jest Arabem albo Turkiem i wciskał kit.
Bardzo możliwe, bo zaraz potem usłyszałam, że jestem piękna i że on proponuje mi "Friendship after lunch". Nie będąc do końca pewna co usłyszałam (no nie codziennie ludzie proponują mi friendship after lunch:P) dopytałam czego on chce:)
Zrozumiawszy, że usłyszałam bardzo dobrze nagle zaczęło bardzo mi się spieszyć, Iwonie zresztą też:) Więc uciekłyśmy.
A "Frienship after lunch" zostało uznane hasłem miesiąca. Panowie - brzmi niewinnie, możecie śmiało stosować w swoich podbojach:)

Jeju, że na Koreańczyków w Korei trzeba czasem uważać to oczywiste, ale żeby na Arabo-Włochów? :P

niedziela, 4 listopada 2007

Uduchowiona niedziela:)

Piękna słoneczna niedziela... W Polsce 3 stopnie a my grzejemy dupcie:) No ale ponieważ to niedziela to najpierw nakarmiłyśmy żołądki (oczywiście typowo koreańskim żarciem w Burger Kingu, bo dostałyśmy książeczke ze zniżkami:)) a potem postanowiłyśmy zrobić coś dla duszy...

Iwona wygrzebała ze swojego "areału" (tak zdrobniale nazywa swój bałagan:P) ulotkę, którą dorwałyśmy kilka tygodni temu w drodze na siłownię. Ulotka dumnie zapraszała na "2007 Faith & Life Conference" organizowaną przez kościół prezbiteriański.
W sumie nigdy nie widziałyśmy takiego zjawiska jakim jest kościół prezbiteriański więc ciekawość wygrała:)

Trafiłyśmy na niewielką salę z mównicą i krzesłami, wypełnioną pojedyńczymi jednostkami ludzkimi. Ale bardzo miło nas przywitano pytaniem o kawe czy herbate no i o to czy wzięłyśmy ze sobą Biblię. Po minie Iwony było widać: "Ola w co ty nas znowu wpakowałaś?" Ale skoro powiedziałyśmy A to trzeba było też powiedzieć: Nie mamy Biblii:P I dostałyśmy egzemplarz dyżurny:)
1,5h analizowania wersów Bibli i powtarzania tego, że Bóg nas kocha pomogło mi jedynie utwierdzić się w przekonaniu, że każda religia żywi się tym samym, tylko używa do tego nieco innych technik i innych przenośni... Jest coś/ktoś - przestrzeń, pustka, Bóg, Allah czy Budda, jak byśmy to sobie nazwali i jesteśmy my - marne ciałka, które prędzej czy później umrą. Problem polega na poczuciu, że jesteśmy częścią tego czegoś/kogoś. I nazywajmy to jak chcemy. Religia to opium dla ludu (idąc za słowami Marksa). Tylko czekałam aż na końcu wszyscy zaczną się przytulać i sobie dziękować, za to że są:))) Na szczęście przytulanie nas ominęło, a podziękować podziękowałyśmy i zostałyśmy zaproszone na za tydzień:))) hehe. Niestety mordercza godzina 10:30 rano w niedzielę nie brzmi zachęcająco, a wręcz rzekłabym, że jest niemożliwa do osiągnięcia dla biednych studentek uczących się po nocach;))))
W następną niedzielę czeka nas więc duchowa śmierć i żołądkowa też (biorąc pod uwage niewykorzystane książeczki zniżkowe).

piątek, 2 listopada 2007

Gdzie kucharek sześć...

Ponieważ intensywnie obcujemy z kuchnią korańską, najwyższy nadszedł czas na zmierzenie się z nią od zaplecza. Oznacza to mniej więcej tyle, że dziewczynki postanowiły uzyskać synergię z połączenia polskiego zmysłu kulinarnego z koreańskimi przepisami na sesak bibimbab (새싹비빔밥) i bulgogi (불고기). Kuchareczki jak nie patrzeć:


Żadnych strat w palcach i ludziach:) Wiedząc, że po przygotowaniu jedzenia trzeba będzie je zjeść starałyśmy się nie zrobić niczego głupiego. Zresztą, jak już ustaliłyśmy wcześniej, nas można posądzić o wszystko, ale nie o głupie rzeczy:))))))
Zapowiadało się wyśmienicie:

Smakowało też całkiem nieźle, ale chyba nie wszystkim.

Zdaje się, że dodałam trochę za dużo sosu z czerwonej papryczki:)))
Ale fakt, że post ten napisałam własnoręcznie może uspokoić Czytelników: gotowanie przeżyłam! I szczerze mówiąc smakowało mi bardzo:)

czwartek, 1 listopada 2007

Lotte WOrld

Jak to dobrze oderwać się od czasu do czasu i pozwolić sobie na dziecinną zabawę w wesołym miasteczku:) Śmiać się jak szalony wisząc do góry nogami, krzyczeć w niebogłosy zbliżając się do prędkości światła i jeść kukurydzę na patyku:)
Powrócić do dzieciństwa wsiadając na karuzele i bujane koniki:) Pokonać strach na 70-cio metrową wieżę i zjechać z niej z prędkością 100 km na godzinę. Poczuć na szczycie przez kilka sekund spokój i ciszę i wszechświat:)

Muszę tam pojechać jeszcze raz:)

wtorek, 30 października 2007

Jak wzbudzić nienawiść?

Seodaemun Prison - więzienie, które spełnia tu rolę naszego Oświęcimia, tylko że z czasów okupacji japońskiej. Dość drastyczne, pokazujące tortury, malutkie cele, wyznania świadków, filmy z torturami i wyrokami śmierci. Coprawda Japończycy nie gazowali ludzi, tylko pojedynczo wieszali ich w specjalnie do tego przeznaczonym budynku egzekucji, ale i tak więzienie robi wrażenie.

Jeszcze większe wrażenie, do tego negatywne, robi to, że oprócz nas nie było tam w sumie nikogo za wyjątkiem kilku wycieczek przedszkolaków, które panie wychowawczynie ciągały po piwnicach z makietami tortur, opowiadając zapewne, jakie to straszne rzeczy ci wstrętni Japończycy wyczyniali dla "patriotic ancestors" (tak na każdej tablicy informacyjnej były nazywane ofiary - patriotyczni przodkowie).
Podejrzewam, że wizyta w więzieniu jest częścią programu przedszkol, czy też pierwszych klas podstawówek. I tak, od najmłodszych lat Koreańczycy uczeni są patriotyzmu w wydaniu "nienanawidzimy wroga".

W jakim wieku pierwszy raz byliście w Oświęcimiu?

niedziela, 21 października 2007

Wybory 2007

Ponieważ jest cisza przedwyborcza to nie będę komentowała, a jedynie zamieszczę zdjęcia:)
Powiem tylko, że wypełniłyśmy dzielnie swój obywatelski obowiązek:) Ku chwale Ojczyzny! Hej!




(kolejność zdjęć chronologiczna:) czyli w kolejności wrzucania do urny)

sobota, 20 października 2007

FotoStory: Salon piękności:)

Tworzymy historię... obrazkową:) Po 5 miesiącach w Korei obie bohaterki komiksu będą charakterami mangowymi:)
Jeśli niewyraźnie widać literki polecam ściągnąć pliki:) albo skontaktować się bezpośrednio z autorką. Ostatecznie można klikąć tu . Ale to w ostateczności;)


piątek, 19 października 2007

Koreańska maseczka

Dla zdrowotności, urody i dobrego samopoczucia Ola kupiła sobie maseczke:)
Humor ewidentnie wymagał poprawy po tym jak Ola kupila farbe do włosów, która okazała się pseudo henną. W efekcie włosy są koloru niekreślonego (coś między brązem a filoletem?) a odrosty długości 2-3 cm są koloru równie nieokreślonego, ale w innej skali: między ryżym a różowym:(((
No więc maseczka jest ciekawa. Jeszcze jej nie ściągnęłam, ale po zaaplikowaniu sobie farby nie boje się już eksperymentować, bo gorzej już być nie może z moim odbiciem w lustrze:P

Postanowiłam nie wychodzić na korytarz w takim stanie, bo nie wiem jak silne nerwy mają Koreańczycy. Mogą mnie jeszcze z kimś albo czymś pomylić... Wiec przesiedze najbliższe 20 min przed komputerem i z maseczką na twarzy:)

środa, 17 października 2007

Zbliżają się wybory...

...zgłoszenia na listę wyborców do ambasady polskiej w Seoulu już dawno wysłane, ale jakoś nikt nie pokwapił się, aby chociaż potwierdzić przyjęcie zgłoszenia. Termin mijał 5 dni przed wyborami. Postanowiłyśmy więc zadzwonić i dowiedzieć się czy na 100% możemy zagłosować 21 października. No to dzwonimy.

Próba 1: Nr telefonu podany w ambasadzie jest prywatnym numerem któregoś z pracowników, który był bardzo zaskoczony, ale uprzejmy i powiedział żeby zadzwonić za 1,5h na nr ze strony ambasady ("obecnie nie ma panik konsul").
Próba 2 (już do ambasady:P): Najpierw trzeba przebić się przez milion ogłoszeń w 3 językach: jeśli chcesz połączyć się z ... wciśnij 5:) Pani w biurze konsularnym wzięła ode mnie nazwiska, kazała czekać, po czym powiedziala zeby zadzwonić za godzine, bo nie ma pani konsul...
Próba 3: Nikt nie odbiera.
Próba 4: "Aaaa to pani! Proszę poczekać"...."Tak, Tak, pani i pani K. są na liście, ale pani W. nie ma" "Jak to nie ma, przecież wysłała zgłoszenie" "Ale go nie dostaliśmy". Przerażenie maluje sie na twarzy Iwony, największej działaczki i głównego namawiacza, jeśli chodzi o wzięcie udziału w wyborach. "To ma jeszcze raz przesłać? Nie jest jeszcze za późno?" "Nie, nie, to może pani W. poda nam dane przez telefon"...

Teraz prosze wczystkich Drogich Czytelników o wczucie się w sytuację. Za 5 dni wybory, które mogą zmienić wszystko w naszym Kochanym Kraju, albo nie zmienić nic - wszystko zależy od wyborców i frekwencji. Iwona, która wierzy, że jej głos jeśli nie uratuje kraju to przynajmniej pomoże mu, stoi nad przepaścią wyborczej obojętności... Chwyta więc telefon i biegnie na dół do pokoju po paszport (siedziałyśmy wtedy jak zwykle na dachu, na V pętrze, a pokój jest na I). Słyszę stukot jej klapków na schodach, echo niepokojąco roznosi się po korytarzach. Sygnał, że winda przyjechała... I cisza, niepokojąca cisza, która trwała zaledwie 3 minuty, ale wydawało się, że to była wieczność.

Znów słychać piszczenie windy i w drzwiach ukazuje się Iwona... z telefonem w ręku... Od razu czuję, że coś nie gra: "Ola, rozłączyło się, akurat jak dobiegłam do pokoju i nie mogę się połączyć". Poinstruowałam ją, jak przebić się przez sekretarkę automatyczną i pobiegłam po ładowarkę do telefonu, w razie jakby znowu się rozłączyło. I znowu to samo: bieg po schodach, łapanie windy, szał szukania ładowarki i spowrotem na dach.

Ale tym razem to już było inaczej. Przywitała mnie uśmiechnięta twarz koleżanki: "Już wszystko załatwione, wszystko w porządku". Uffff, będziemy głosować:)

I tym sposobem Dzielna Iwona o mały włos a zasiliłaby grono milczących i obojętnych... Naszczęście nauczyłyśmy się w Korei, że najważniejsza to jest praca grupowa:)))))
Locations of visitors to this page