Ola in Big City

You only live once, but if you do it right, once is enough.

wtorek, 10 lutego 2009

Doświadczyć ciszy

Budowa ministerstwa ucicha około 1 w nocy. Wszyscy panowie zabierają swoje sprzęty i znikają w ciemnościach.

Dosłownie znikają w ciemnościach, bo ich czarny kolor skóry sprawia, że trzeba strasznie wytężać wzrok, żeby ich dostrzec w nocy. Jak jeszcze nie daj boże założą twarzowe czarne wdzianko to poznać można że to ktoś idzie tylko po ewntualnym cieniu przezeń rzucanym na wysuszoną ziemię.

Ale kiedy już tak wszyscy znikną w ciemnościach swoich namiotów i nastanie cisza nie zakłócona przez żadną betoniarkę albo temu podobne narzędzia zbrodni, noc robi się przepiękna.

Noc w Jubie wydaje się być najpiękniejszą częścią dnia. Nagrzane powietrze pachnie słońcem, a owady zachęcone spadkiem temperatury rozwijają swoje skrzydła. Niebo jest chyba bardziej gwaździste niż w każdym innym miejscu na świecie, a z oddali słychać bębny i śpiewy tubylców tańczących przy ognisku. Gdzieniegdzie przebija się też Rihana z jakiejś miejscowej dyskoteki, na dowód tego, że kultura amerykańska dociera wszędzie;))))

I tak leżąc i patrząc w gwiazdy mam wrażnie, że jestem na księżycu... Wokoło pusto, nie ma nic, przestrzeń ogromna pokryta lekko przyaloną trawą i jasno jak w dzień, dlatego, że jest pełnia.

W takich momentach, w co wielu może nie uwierzyć, naprawdę doceniam ciszę;))))

środa, 4 lutego 2009

Łączność ze światem

Jeju, nie pomyślałabym nigdy, że będę w takim wirze pracy i wydarzeń, który nie pozwoli mi napisać nawet kilku zdań. Moje ostatnie komentarze napisane na marginesie to “lodówka na kuluczyk, lol” zanotowane w takim biegu, że nie zauważyłam, że kluczyk, którym zamyka się lodówkę chroniąc wodę przed kradzieżą, zamieni się na kuluczyk:)

Jest jeszcze jeden komentarz: “postal address: Juba” – tak podaje się tu swoje namiary geograficzne, czasami jeszcze dodając numer skrzynki pocztowej, ale to już zdarza się rzadziej.

Od dwóch tygodni uczestniczę w projekcie budowy budynku ministerstwa telekomunikacji i usług pocztowych. Zabawne jest jednak to, że telekomunikacja i usługi pocztowe mijają się bardzo z obrazem tych zjawisk w naszych europejskich głowach. W Sudanie Południowym jest kilku operatorów komórkowych – usługi sprzedawane są w systemie pre-paid. Natomiast fakt, że państwo to nie posiada własnej ogólnej infrastruktury telekomunikacyjnej sprawia, że powodzeniem cieszą się tu sieci ugandyjskie albo północno sudańskie. Spora część okolicznych mieszkańców posiada kilka numerów telefonicznych, z bardzo prostej przyczyny: nie da się połączyć między poszczególnymi sieciami. Z kolei to, że na jednego mieszkańca przypada mniej niż jeden telefon (spotkałam się z tym, że kilku znajomych miało jeden numer, którym się dzieliło i podawało np. na rozmowach o pracę) sprawia, że zazwyczaj próbując się do kogoś dodzwonić możemy napotkać przeszkody związane z “abonamentem czasowo niedostępnym” (oczywiście wypowiedziane ślicznym kobiecym głosem w języku angielskim, arabskim lub jakimś innym w zależności od kraju pochodzenia operatora). No więc cały myk polega na tym, żeby rząd miał sprzęcior coby “łączyło nas coraz więcej” i sprzedawał na niego koncesje opływające kasą i diamentami:) Na razie sytuacja idealna dla operatorów komórkowych – nie ma żadnego oligopolu typowego dla rynków europejskich, tylko wręcz komplementarne połączenie między operatorami:)

Póki to nastąpi upłynie jeszcze sporo wody w Nilu. Zwłaszcza, że rzeczy dzieją się tu wolniej, a dwojenie się i trojenie żeby coś przyspieszyć zakrawa o pracę syzyfową. Dlatego też lepiej się wyluzować i popłynąć sobie rozpływając się w czasie jak w dobrze naturalnym, a nie jak w pieniądzu:)

niedziela, 25 stycznia 2009

Niedzielny spokój

Jest niedziela. Chwila wytchnienia.

W planach wycieczka nad Nil w celach rekreacyjno-opalaniowych. Niestety jak juz podnosiliśmy pupcie żeby je przenieść do samochodu przyjechali podwykonawcy i trzeba było zostać. Tak więc skończyło się na wycieczce do sklepu, jedynego supermarketu w stolicy Sudanu Południowego, całkiem przyzwoicie zaopatrzonego (mają tam nawet czapeczki do świętowania urodzin, ale niestety żółtego sera nie znalazłam:(). Przy tym przy całkiem szalonych cenach. Za płatki śniadaniowe przyszłoby zapłacić 35 zł. Sprawia to, że napradę uświadomiłam sobie, że nawet nie lubie płatków śniadaniowych;P

Za to nie mogłam powstrzymać się przed kupieniem przecieru pomidorowego (13,5 zł). Smakował ... mmm ciężko opisać;) Ale bardzo to miłe doświadczenie zajadać się przecierem pomidorowym:)

sobota, 24 stycznia 2009

Po drugiej stronie lustra


Juba - stolica Sudanu Południowego, która po czasach wojny została totalnie zniszczona i zrównana z ziemią. Rozwija się szybciej niż jakiekolwiek inne miasto, które widziałam. Znaczy wszystko rośnie od poziomu zerowego:)

Mieszkamy sobie poza miastem, po drugiej stronie Nilu i szczerze mówiąc nawet nie ma kiedy i jak pozwiedzać okolic. No i przede wszystkim znaczenie "zwiedzania okolic" jest zupełnie inne. Tak samo jak znaczenie "łazienki":) i każdej innej rzeczy:))) ALe przede wszystkim średnio bezpieczne. Chyba że w grupie - ale na to poświęcamy dziesiejszy wieczór.

Ciężko jest napisać lub opisać cokolwiek, bo nawet nie wiedziałabym od czego zacząć. Wszystko jest inne. Tak rewelacyjnie inne, że chciałoby się to wszystko odkryć na nowo:) Takiej białej dziewczynce jak ja czyli Mzungu, jednak nie wszsytko wolno. Przede wszsytkim dlatego że jestem kobietą. Specyficzne podejście do roli kobiety w społeczeństwie sprawia, że aby czymkolwiek i jakkolwiek zarządzać trzeba się nieźle nawyginać. Zwłaszcza jeśli na codzień ma się do czynienia z majstrami, murarzami i cieślami. Dlaczego ktokolwiek miałby słuchać kobiety? I to białej? :) Chłopaki się jednak szybko uczą... Wystarczy, że zobaczą kto im wypłaca kase i od razu zmienia się podejście;)))) Największy problem z przyjmowaniem wytycznych od kobiety mają żołnierze, no nic dziwnego;P tak więc do żołnierzy trzeba ostrożnie i najlepiej z jakimś męxczyzną, bo wtedy przynajmniej widzą, że kobieta nie jest "do wzięcia" tylko komuś "przynależna":)

A poza tym to jest ciepełko:) Nawet jak deszcz skapnie póki co to nie za długo widać jego efekty;))

Jedyna fobia, jaka jeszcze się trzyma od przyjazdu to komary. Każdy może przenieść malarię... ALe podobno fobie mijają po 2 tygodniach. Potem to komay nawet się nie tykają bo wiedzą że to swoi;P Póki co intensywnie psikam sobie każdą wystającą część ciała i panikuję przy każdym ugryzieniu:P ;)))

wtorek, 9 grudnia 2008

Zmartwychwstanie bloga już wkrótce...

Jeśli mój blog posiada uważnych Czytelników, to z pewnością zauważyli oni, że za każdym razem jak ruszam w świat następuje reaktywacja. Coprawda w świat ruszam codziennie decydując się na wstanie z łóżka... ale nie o takich podróżach tu mowa;)

20 stycznia - początek wielkiej wyprawy do Sudanu Południowego.
No cóż, niektórzy Czytelnicy mogą poczuć się rozczarowani, że gdziekolwiek w Sudanie bym nie wylądowała, z pewnością nie będzie to tytułowe Wielkie Miasto. No ale przecież wielkość można różnie mierzyć... Tym razem Wielkie Miasto będzie przenośnią dla Wielkiej Przygody:) albo Bardzo Odmiennego Miasta, ewentualnie Miasto Wielkiego Upału i Wiecznego Lata;)

Aaaa jeszcze nie wspomniałam co to za miejscowość. Na mapie nazywa się Juba. Ciekawe jak to wygląda w rzeczywistości...

W planach 8 miesięcy na Czarnym Lądzie. Mam jedynie nadzieję, że plany nie upadną za szybko ze względu na czynniki zewnętrzne w postaci chorób, dzikich zwierząt i antagonizmów międzyludzkich...

piątek, 25 stycznia 2008

Automatyczne przekierowanie

na drugą część przygód Oli, tym razem w mniejszym mieście:
Ola i jej Świat

sobota, 19 stycznia 2008

Pożegnanie

...ale tylko z tym blogiem, z Koreą, z życiem za którym będę tęskniła i już tęsknię...

Daję sobie jeszcze kilka dni na odnalezienie się w Warszawie.
Zdecydowanie pomagają mi w tym napotkani ludzie.

Dziś w zapchanym metrze stoję sobie grzecznie, coby starszym paniom miejsca nie zajmować (ajumma to by mnie z łokcia potraktowała, a w Stolicy spotkałabym się tylko z morderczym wzrokiem pod tytułem: 'Ah ta dzisiejsza młodzież').
I tak stoję zamyślona, ażeby wpasować się wyrazem twarzy w klimat metra, kiedy nagle zaczepia mnie siedząca obok pani (lekko posunięta wiekiem). Nie dosłyszałam o co mnie zagadnęła, więc grzecznie, używając języka ojczystego, pochylając się, zapytałam 'Słucham?'. 'Czy jest pani w ciąży?' - usłyszałam. Pani wprawiła w zakłopotanie chyba bardziej siebie niż mnie;) Tłumacząc się dodała: 'Aaa bo pani się tak wypięła...'.

No tak, w Korei jedzenie było niczego sobie, ale nie wiedziałam, że aż tak.

Mamy więc 3 sposoby na zaczęcie życia w Stolicy:
-przestać się tak wypinać w metrze;)
-wymienić garderobę
-przejść na poważną dietę odciążającą

Aby uprzedzić komentarze nie-na-miejscu: Zachodzenie w ciążę nie jest tu sposobem;)

Zapraszam na kolejnego bloga, który pewnie powstanie w przypływie natchnienia i chęci spełnienia się pisarsko;)
Locations of visitors to this page