Ola in Big City

You only live once, but if you do it right, once is enough.

niedziela, 9 grudnia 2007

Niebieskie języki

Aaaaaa, patrzymy w lustro a tam coś strasznego:

To pewnie od używania języka koreańskiego;)

piątek, 7 grudnia 2007

Ola i korporacja

Ola odwiedziła dziś koreańską korporację . Korporacja chciała porozmawiać z Olą, więc ona, mimo swojej wrodzonej nieśmiałości, wstała o świcie i popędziła do korporacyjnej kwatery głównej.
Rozmowa dotyczyła programu praktyk, który kryje się pod dumną nazwą: Global Internship Program.
Od wejścia Ola była zszokowana bardzo dobrym angielskim pracowników korporacji i od razu poczuła się lepiej - w końcu skoro miała rozmawiać to lepszy jest do tego angielski niż koreanoangielski;)

Korporacja okazała się bardzo cwaną i przbiegłą, gdyż pod każdą (albo prawie każdą) nazwą działu rekrutującego kryło się wybadanie rynku telekomunikacyjnego w krajach, z których pochodzą rekruci. Nawet dumny marketing nie jest marketingiem tylko sprzedażą i szpiegowskim depertamentem;)
Ola już wie skąd się bierze szybki rozwój koreańskich przedsiębiorstw IT. Może takie szpiegostwo przydałoby się też w Polsce?

Póki co przygryzamy paznokcie, zaciskamy kciuki i czekamy na wyniki rozmowy...do środy;)

środa, 5 grudnia 2007

Służba nie drużba

Ola została zaproszona na kolację ze znajomymi z labu. Oczywiście, że skorzystała z zaproszenia - nie jest taka nierozsądna, żeby grzecznie podziękować za darmową wyżerkę w koreańskiej restauracji, co z resztą zawsze ma wartość dodaną - nowe informacje i cspostrzeżenia o życiu Koreańczyków.

W tenże sposób Ola poznała Koreańczyka, który w poprzednim semestrze był w Polsce. Bardzo miło wspomina ten czas, ale najbardziej w jego pamięci utknęły (w kolejności wypowiadania przez tegoż nowego znajomego Oli): Hybrydy (kiedy był baaaardzo mocno pod wpływem alkoholu ze swoimi kolegami z Francji i chyba Włoch), wódka, którą wlewali w niego przeklęci studenci polscy gdzieś w akademiku, przed wyjściem do Hybryd, schabowy, świeże warzywa i pola rzepakowe w drodze pociągiem do Sopotu. No cóż, przykro się zrobiło Oli, bo oprócz wódki, schabowych i nieznośnych studentów Polska ma trochę więcej do zaoferowania... tak by się wydawało, ale Ola, jak już wspominała, mało wie o życiu.

Ale wracając do kolacji: najpierw oczywiście samgyopsal (o którym więcej tu ), soju obowiązkowo (Koreańscy mężczyźni chyba popłakaliby się, gdyby soju nie było na stole) i mnóstwo innych dań, przystawek, dodatków, makaronów, zup i wszystkiego...

Olę posadzono obok profesora więc czuła się lekko onieśmielona, dopóki nie zobaczyła, że tenże profesor wychyla już kolejną pięćdziesiątkę soju i robi się czerwony (stopień czerowości twarzy oznacza poziom alkoholu ze słodkich ziemniaków we krwi - im intensywniejsza barwa tym profesor bardziej tracił kontakt ze światem;)). Profesorowi wtórowało kilku pobliskich Koreańczyków, o równie czerwonych licach;))) Okazało się, że mieli dwa powody do wlewania w siebie soju:
1/ Jeden z wtórujących Koreańczyków wybierał się na randkę. A ponieważ był grubo po trzydziestce i nie miał obycia z kobietami to profesor dawał mu dobre rady: jak to zrobić, żeby dziewczynę zamienić w żonę;)
2/ Cała kolacja była wydana na cześć jednego z kolegów labowych - jutro idzie do wojska.

Właśnie, wojsko. W Korei każdy mężczyzna ma obowiązek dwuletniej służby. Koledze z labu poszczęściło się - idzie tylko na 4 tygodnie. W końcu studia, kariera naukowa i takie tam - to przecież się bardzo liczy i koleś zawsze może się przysłużyć państwu w inny sposób niż bieganiem z nienaładowanym karabinem;)

Ola była bardzo ciekawa, czy kolega z labu cieszy się, że idzie do woja. Więc zapytała o to, dając upust swoim niezmierzonym pokładom wścibstwa i ciekawości. Dowiedziała się, że kolega bardzo się cieszy, że to tylko 4 tygodnie i że będzie mógł sobie pobiegać, poćwiczyć, wyrobić mięśnie i dopracować sylwetkę. Jak Ola dodała jeszcze że w Polsce to za mundurem panny sznurem to bardzo się ucieszył, że może i w jego przypadku tak będzie. Nic tylko trzymać kciuki, żeby 4-tygodniowa służba państwu przyniosła wymierne korzyści także dla jednego z rekrutów;))))

wtorek, 4 grudnia 2007

Jak się nazywasz?

Mojemu koreańskiemu mentorowi urodziła się córeczka. Pytam więc jak ma na imię. Okazuje się jednak, że imię w Korei ma specjalne znaczenie i to nie jest ot tak, że rodzice już od dawna mają w głowie swoje ulubione imiona dla chłopca czy dziewczynki, tak jak kiedy urodziła się Ola - wiadomo, że to będzie Ola.

Tutaj proces jest nieco bardziej skomplikowany. Należy udać się do znawcy imion i astrologa w jednym, aby ten przeanalizował położenie gwiaazd w memencie narodzin, przejrzał mądre księgi imion, wybadał energię skupioną w dziecku w oparciu o gwiazdy i przodków i wtedy dopiero znachor podaje ojcu listę imion, które pasować będą do noworodka i będą mu służyć...

No więc Tae Hoon, bo tak nazywa się mój mentor(po naszemu - body czy też opiekun), czeka na listę, następnie skonfrontuje ją ze swoją listą imion i wtedy wspólnie z małżonką podejmą decyzję:) Póki co dziewczynka jest bezimienna;)

niedziela, 2 grudnia 2007

Polsko-koreańscy mnisi

Jak już wcześniej wspominałam świat jest mały, o czym ponownie przekonały się bohaterki tegoż właśnie skromnego Bloga.
Udając się na coniedzielne rozmowy o życiu w buddyjskiej świątyni nawet nie spodziewały się, że przyjdzie im dzisiaj usłyszeć język polski z ust innych niż swoich własnych:) A jednak...

W trakcie medytacji podszedł do nas mnich Dyrektor i wyszeptał, że w świątyni są Polacy. Czując przypływ patriotyzmu i falę polskości zaczęłyśmy się rozglądać po twarzach - kto tu może być Polakiem... Pomyliłyśmy Czechów z Polakami, ale to tak blisko, że prawie to samo;P

Po dharma talk poznałyśmy wielką trójcę mnichów i mniszek Polaków. Jakże zrobiło się miło! Jak fajnie, przyjemnie, rodzinnie:) Gadka szmatka, stoimy i rozmawiamy o polskim chlebie, wódce i kiełbasie... Tęsknota za krajem zbliża tak bardzo, że zostałyśmy uraczone opowieścią o gotowaniu barszczu czerwonego po cichaczu gdzieś w górach i przygotowywaniu likieru bananowego, a także o wyższości polskiego jabola nad koreańskim soju (które nota bene nie jest z ryżu, jak nam się wydawało, tylko ze słodkich ziemniaków - fuj:P).

Doszłyśmy do wniosku, że nie ma to jak polski wyluzowany facet! Nawet jeśli jest mnichem to przynajmniej można normalnie pogadać o bzdurach, które jednak stanowią jakąść część nas, czyli o kraju, hehe:) No i zaproszenie do Californi i nic tylko lecieć przed siebie, do mnichów Polaków w Stanach - to byłby niezły ubaw!

sobota, 1 grudnia 2007

Wyższość Korei nad Stanami

Dostrzegam bardzo znaczącą różnicę między dwoma krajami wymienionymi w temacie - z korzyścią dla Korei.
W Stanach wyganiali mnie z klubu zazwyczaj najpóźniej (co zdarzyło się tylko raz, bo zazwyczaj wcześniej spotykała mnie ta nieprzyjemność) o 4 rano. A przecież powszechnie wiadomo, że wtedy dopiero zaczyna się prawdziwa zabawa: na parkiecie pojawiają się wolne przestrzenie, że człowiej już nie tańczy podrygując jak śledź w puszcze, ale wreszcie może dać upust swoim namiętnościom drzemiącym w środku i wymachać się rękami, nogami, pupą i włosami;))) A tutaj, w Seoulu, nikt nie zwraca na to uwagi - o 4 to było najwcześniej, kiedy grzecznie poproszono nas o wyjście i to z wielkim poczuciem winy, dając nam na drogę lody sorbet, żeby nie było nam przykro...

A kluby... Pisałam już o Club Day'u - imprezie do rana z szalonymi Koreańczykami. Podobnie wczoraj - wytańczyłam się za wszystkie czasy i przyzwoicie wróciłam do akademika, podkreślam - porządnie wytańczona (czego okazuje się potrzebowałam najbardziej na świecie) o przyzwoitej 7. Przynajmniej nie trzeba było wracać po nocy, korki też nie były jakieś duże (bo sobota i nie wszyscy pracują;P). I grzecznie poszłam na spoczynek.

Niech żyje clubbing do białego rana! Niech żyją kluby otwarte do ostatniego klienta!!! Jeeee.
Duży ukłon w stronę koreańskich klubów i wielki jęzor w stronę amerykańskich;)

W Korei wcale nie jest łatwo...

2007 Seoul Town Meeting - konferencja organizowana od kilku lat specjalnie dla obcokrajowców zamieszkujących Seoul w celu konfrontacji ich obaw, problemów i trudności mieszkania w tej metropolii z władzami miasta i przedstawicielami rządu. Tysiące pustych słów, jak to rząd pomaga obcokrajowcom, poprzez organizowanie imprez integracyjnych dla małżeństw mieszanych oraz cooking classes, tysiące pytań pozostawionych bez odpowiedzi kolejny raz z rzędu...

Okazuje się jednak, że życie w Seoulu wcale nie jest takie kolorowe, ale ludzie mieszkający tutaj kilka, kilkanaście lat codziennie borykają się z irracjonalnymi i wręcz groteskowymi problemami, które wynikają z chorego prawodawstwa i ciągłej potrzeby Koreańczyków do naradzania się, dyskusji i przemyśleń zamiast do działania. Najciekawsze jest to, że to rząd koreański z całej siły stara sie przyciągnąć obcokrajowców do Korei, w celu zwiększania inwestycji zagranicznych i globalizowania Korei - w kraju, gdzie obcokrajowcy stanowią 2% to całkiem ważna sprawa.

Oto pare "kwiatków" wyłapanych w dniu wczorajszym:

- Podwójne obywatelstwo w Korei jest niedopuszczalne; wobec tego jeśli np. Amerykanka wychodzi za Koreańczyka to albo zrzeka się swojego amerykańskiego obywatelstwa albo jej dzieci formalnie nie mają matki.

- Po rozwodzie, małżonek, który nie jest Koreańczykiem traci prawo do pobytu w Korei i musi starać się o wizę albo pakować walizki. A co z dziećmi?

- Brak szkół międzynarodowych, dla dzieci np. inwestorów.

- Aby założyć konto w banku, zarejestrować się na stronę internetową, kupić telefon komórkowy itp itd niezbędny jest Numer Identyfikacyjny (coś jak nasz PESEL). Problem polega na tym, że obcokrajowcom takie numery nie są przyznawane.

- Jeśli już uda się komuś założyć konto w Korei (jest to mimo wszystko możliwe po przejściu przez tysiące urzędów i podań, no i znajomości) to i tak nie może wyciągnąć z niego pieniędzy w żadnym innym kraju poza Koreą. Aby móc używać konta w innym kraju trzeba mieć konto dolarowe, które jest jeszcze trudniej założyć niż zwykłe. Wynikają z tego takie problemy jak np. nauczyciel angielskiego po zakończeniu kontraktu wraca do siebe do USA, a pieniądze za prace są mu przelewane po wyjeździe (bo w Korei to tyle trwa). Wtedy, aby pieniądze odzyskać, należy jeszcze raz pokonać drogę Stany-Korea, wypłacić pieniądze w bankomacie, zamienić je w banku na dolary i wsiąść w samolot. Zaden problem.

- W Korei jest sporo inwestorów, jest dla nich nawet specjalna wiza. Tylko, że jest podział na inwestorów lepszych i gorszych. Jeśli przyjeżdzasz do Korei, aby zainwestować mniej niż 1,5 mln dolarów, to lepiej nie zabieraj ze sobą rodziny, bo nie ma ona żadnych praw - a już na pewno nie spodziewaj się, że twoja żona będzie mogła pracować - to jest zabieranie miejsc pracy Koreańczykom.

- Aby dostać wizę E-2, która jest pozwoleniem na pracę jako nauczyciel angielskiego, trzeba się nieźle nagimnastykować - zrobić milion badań, przeprowadzić rozmowę w konsulacie, mieć czyściutką przeszłość i takie tam. Tylko, że jak już taki nauczyciel przyjedzie do Korei to ma mega ograniczone prawa. Powodem takiego stanu rzeczy jest to, że jakiś czas temu prasa koreańska nagłośniła sprawę o nadużywaniu narkotyków i alkoholu przez jakichśtam nauczycieli. Dodatkowo "ci ludzie pracują z dziećmi, więc wymagają dodatkowej kontroli". Dodam, że to bardzo popularne tu, że ludzie ze Stanów i Kanady podpisują roczne kontrakty na nauczanie ang. Zdarza się jednak, że nie dostają zapłaty, borykają się ze swoimi nieuczciwymi pracodawcami, nie mają się do kogo zwrócić, nie mają praw i są traktowani, jak oni to wyrażają - jak niewolnicy.

- Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze takie przyziemne sprawy jak to, że taksówkarze potrafią wykopać obcokrajowca z taksówki, nikt nie jest w stanie ogarnąć ludzi jeżdżących po Seoulu na skuretach i wciskających się w każdą dziurę, nie respektujących żadnych przepisów i narażających życie wielu uczestników ruchu drogowego. Zadzwonić na policję? Rewelacja - nikt nie mówi po angielsku, zgłosić kradzież, napaść, cokolwiek - patrz wyżej. Nie ma gdzie zadzwonić, gdzie uzyskać informacji, nic.

Tak piękne jest życie w Korei. Ale ludzi coś tu trzyma:)))
Locations of visitors to this page