Ola in Big City

You only live once, but if you do it right, once is enough.

piątek, 25 stycznia 2008

Automatyczne przekierowanie

na drugą część przygód Oli, tym razem w mniejszym mieście:
Ola i jej Świat

sobota, 19 stycznia 2008

Pożegnanie

...ale tylko z tym blogiem, z Koreą, z życiem za którym będę tęskniła i już tęsknię...

Daję sobie jeszcze kilka dni na odnalezienie się w Warszawie.
Zdecydowanie pomagają mi w tym napotkani ludzie.

Dziś w zapchanym metrze stoję sobie grzecznie, coby starszym paniom miejsca nie zajmować (ajumma to by mnie z łokcia potraktowała, a w Stolicy spotkałabym się tylko z morderczym wzrokiem pod tytułem: 'Ah ta dzisiejsza młodzież').
I tak stoję zamyślona, ażeby wpasować się wyrazem twarzy w klimat metra, kiedy nagle zaczepia mnie siedząca obok pani (lekko posunięta wiekiem). Nie dosłyszałam o co mnie zagadnęła, więc grzecznie, używając języka ojczystego, pochylając się, zapytałam 'Słucham?'. 'Czy jest pani w ciąży?' - usłyszałam. Pani wprawiła w zakłopotanie chyba bardziej siebie niż mnie;) Tłumacząc się dodała: 'Aaa bo pani się tak wypięła...'.

No tak, w Korei jedzenie było niczego sobie, ale nie wiedziałam, że aż tak.

Mamy więc 3 sposoby na zaczęcie życia w Stolicy:
-przestać się tak wypinać w metrze;)
-wymienić garderobę
-przejść na poważną dietę odciążającą

Aby uprzedzić komentarze nie-na-miejscu: Zachodzenie w ciążę nie jest tu sposobem;)

Zapraszam na kolejnego bloga, który pewnie powstanie w przypływie natchnienia i chęci spełnienia się pisarsko;)

piątek, 11 stycznia 2008

Powroty....

Czas wracać, czas zostawić wszystko to, co tak bardzo zmieniło moje życie, co wpisało się kolorem czerwonym i niebieskim w księge wpomnień i pozostawiło po sobie ostry smak kimchi. Smutno, naprawdę smutno jest to zostawiać.

Ale ale... przecież koniec oznacza początek;)
Tym razem był to początek koszmarnej podróży powrotnej - zaczęło się jeszcze w Seoulu, od rozpakowywania bagażu... Całą drogę każda nawiedzona instytucja robiła problemy. Człowiek wraca do domu, a okazuje się, że jest to trudniejsze niż z niego wyjechać.

Całe szczęście siedzę już w swoim pokoiku z widokiem na hospicjum (kurcze, jak się rozbudowało przez ten czas...). Pobudka o 5;30 rano przypomina o 8-godzinnej różnicy czasowej. Czas wracać do polskiego życia, i nauczyć się mówić po polsku na nowo, przyzwyczaić się do tego, że już wszyscy mnie zrozumieją w metrze, a skośne oczy na ulicy są ewenementem. Polskie gazety, polskie napisy na ulicach, polskie jedzenie. Dziwnie...

Dom znajdę wszędzie;)

Ostatnie dni...

Tradycyjna wioska koreańska... tak, to dobry pomysł na spędzenie ostatnich dni w Korei, jeszcze troche popatrzmy, powdychajmy, popstrykajmy... ;) A wyszło jak zwykle - wesołe miasteczko:)))) Karuzele średniej klasy, ale zawsze to coś. Nie do końca rozumiem ideę umieszczania wesołego miasteczka obok muzeum wsi koreańskiej, ale, jak już ustaliliśmy, Ola nie musi wszystkiego rozumieć:))))

Piracki statek - wahadło, które chodzi w przód i w tył, do góry i do przodu. Idziemy:)

Iwona biegnie pierwsza na spotkanie z przygodą. Co tam, jakies wahadełko, w Lotte World przeżyłyśmy gorsze rzeczy... Dopóki maszyna nie wystartowała;) Naszczęście nikt nie mógł zrozumieć, co ta biała dziewczyna wykrzykiwała z wysokości, ale krzyczała naprawdę głośno. Ledwo wsiadła, przypomniało jej się, że karuzel nie lubi;)

Ale ponieważ nie poszliśmy tam się bawić tylko spełniać misję ostatnich dni w Korei, to tradycyjna wioska koreańska również została odwiedzona. Największą furrorę zrobił tradycyjny koreański mop:)

i tradycyjna koreańska huśtawka


No to ostatnia atrakcja zaliczona, czas się pakować....

środa, 9 stycznia 2008

Pekin subiektywnie

"Kocham Koreę" - powiedziała Iwona po zapaleniu chińskiego Marlboro. Szukała ich cały dzień, a okazały się być podróbą, w dodatku 'made in Phillipines' przeznaczone tylko do sprzedaży w kraju;)))

Warto dodać, że jeszcze dwa dni wcześniej przeklinała Koreańczyków i starała się przekazać jednemu z ich przedstawicieli, jak bardzo ma dość tego kraju, jego obyczajów i systemu;))) Punkt widzenia tak bardzo zależy od punktu siedzenia... Okazuje się, że zawsze może być gorzej;)

Ola i Chiński Mur

Jak zwykle okazało się, że Ola ma więcej szczęścia niż rozumu i dostała się na chiński mur przy pomocy przypadkiem spotkanego Kanadyjczyka, który znał podstawy chińskiego języka i dogadał się z tubylcami;) Co prawda wylądowaliśmy nie tam, gdzie początkowo mieliśmy zamiar, ale ważne, że to był sławny chiński mur i że nie było to miejsce najbardziej uczęszczane przez turystów - Mutianyu.

Zanim dotarliśmy na szczyt przyszło nam pokonać ścianę przekupek: 'Come, take a look', 'Lady do you need a bag', "Cheap, cheap, T-shirt!', 'You are beautiful, I have good price for you' itd itp. Zapewniam Szanownych Czytelników, że można dostać uczulenia na zdanie 'Come inside, only take a look'. Zadziwiającym jest jak szybko po usłyszeniu tych słów włącza się agresor i ochota pomniejszenia chińskiej populacji... Inna sprawa, że początkowe ceny są niebotyczne i zazwyczaj można wytargować obniżkę nawet do 70%.

Ale wracając do chińskiego muru. Przechadzając się po tej ścianie z cegieł, odnawianej nie wiadomo ile razy, nie mogłam pozbyć się myśli, jakim kosztem ten murek powstał, okupiony krwią i potem niczego sobie winnych ludzi. Cel: spełnić marzenie o potędze. W sumie słabo to wyszło, bo jak się okazuje, mur chiński nigdy nie spełnił do końca swojej funkcji obronnej, a Czingis Han po prostu przekupił żołnierzy pilnujących muru. No ale przynajmniej mamy piękny i bezużyteczny symbol Chin.





Najciekawszy jednak był powrót. Czekaliśmy na przystanku na autobus kiedy podjechał 3 razy mniejszy busik, ale z odpowiednim numerkiem i 2 razy niższą ceną. Więc długo nie czekając zapakowaliśmy nasze szanowne tyłeczki do środka:) Okazało się, że był to oszukany autobus, który krążył po miasteczku dopóki nie zapełnił się cały. Następnie jechał do Pekinu okrężnymi drogami, rozklekotany podskakiwał na każdym wyboju, a razem z nim my, siedzący na ostatnim siedzeniu. Zajęło nam to 3 razy więcej czasu, kosztowało 2 razy mniej. Za to zobaczyliśmy przedmieścia Pekinu, gdzie wydaje się, że budowa nigdy się nie kończy.

Uwieńczeniem dnia była kaczka po pekińsku, specjalność zakładu budowy 'Pekin':

poniedziałek, 7 stycznia 2008

Pekin

Miasto czerwieni i złota, sprawiające wrażenie jednego wielkiego placu budowy. Normalnym jest tu spotkać o 23:00 robotników pracujących nad nowym budynkiem, wiercących i spawających. Obraz dopełnia powietrze pełne pyłu, do tego stopnia, że słońce próbujące się przebić przez smog sprawia wrażenie całodniowej mgły.




Drugie uderzenie następuje na placu Tiananmen. Przestrzeń wypełniona ludźmi. Utonąć w morzu ludzi.





Nie jest dziwnym, że małe dziecko sika do kosza na śmieci na samym środku placu, w czym pomaga mu troskliwie jego matka. Nie dziwnym jest, że przed wejściem na plac Chińczycy są wyrywkowo przeszukiwani, zwłaszcza jeśli mają ze sobą nieprzezroczyste torby. Nie dziwnym jest także, że przez połowę placu ustawia się kolejka aby obejrzeć zwłoki Mao Zedonga, a następnie kupić pamiątkowe zdjęcie wielkiego wodza, łańcuszek, ołtarzyk, koraliki czy też kasetę VHS z jego przemowami.
Nie dziwnym wydaje się też, że będąc białym i przechadzając się po placu zostanie się szarpniętym milion razy przez drobnego handlarza wyciągającego zza kurtki zdjęcie placu, podrobione breloczki na okoliczność olimpiady czy też czapkę z czerwoną gwiazdą.

Pierwsze słowa, jakich musieliśmy się nauczyć w Pekinie było: 'bujo' - nie chcę, oraz 'busze' - nie mogę;) Dwa najprzydatniejsze zdania na dzikim wschodzie, gdzie króluje, wbrew pozorom i teorii, dziki kapitalizm.

Sprzeczności i groteskowe obrazki na każdym rogu. Przepych i bieda obok siebie. W McDonald's po poproszeniu o keczup dosteję dżem truskawkowy. 10 osób wykonujących zajęcię, które spokojnie mogłby wykonać 1 pracownik (i tak też się dzieje w normalnych ustrojach:P). Dopychacz w metrze dopchnął Wełnę, w momencie kiedy wydawało się, że już nic ani nikt nie zmieści się w wagoniku. Kasjerki w metrze - panie rwące papierowe bilety na pół, a kilka metrzów przed nimi stoją świeżutkie, jeszcze nie rozpakowane bramki do metra, które cierpliwie czekają na olimpiadę;)

/kosz na śmieci: Pekin oficjalnie segreguje śmiecie, ale jeśli wszystkie lądują w tym samym miejscu to można też je segregować razem; napis na koszu: recyclable, others/




Najbardziej prawdopodobna śmierć w Pekinie (o ile nie udusi się brudnym powietrzem) to śmierć pod kołami roweru. One są wszędzie i na nikogo nie zważają. Na chodnikach, na ulicach, nie ważne czy jest czerwone czy zielone światło.


Miasto robi wrażenie i dobre i złe, ale z pewnością zostaje w pamięci i możnaby się nad nim rozwodzić godzinami.
Tak jak Chińczyk, który nas zaczepił na ulicy. Spędził kilka lat w Stanach, całkiem niezły angielski, pracował w ministerstwie finansów i nienawidzi Chińczyków, przez 45 minut opowiadał o tym narodzie trzem głodnym i zmarźniętym Polakom, w centrum Pekinu, na zadymionej ulicy.

wtorek, 1 stycznia 2008

Eksperymenty kulinarne;)

Wełence zachciało się pić. Zachciało mu się również poznać nowe koreańskie smaki. Wziął więc z półki w sklepie puszkę, w której krył się napój o niezidentyfikowanej nazwie, z obraskiem drzewka na opakowaniu. No to spróbujmy:)

Napój okazał się orzeźwiającym, nawet bardzo, wziąwszy pod uwagę fakt, że pachniał jak woda kolońska i smakował jak woda brzozowa. Przy okazji dowiedzieliśmy się też, że drzewem na opakowaniu była sosna;) Pycha, aczkolwiek wszystkim amatorom eksperymentowania polecam ostrożność coby uniknąć picia wody kolońskiej lub jedzenia sea food z jajkiem:)

Sylwester w Seoulu

Sylwester w Korei to nie jest zabawa pełna fajerwerków, balonów i konfetti. Ostatni dzień grudnia robi bardziej za święto zmarłych, kiedy to na stole stawia się zdjęcia przodków i kłania się im, przygotowuje się specjalne świąteczne jedzenie i dzień spędza się z rodziną. Ale już wiemy, że możemy wprowadzać polskie zwyczaje w koreańską kulturę, tak więc celebrowaliśmy sylwestra w polsko-koreński sposób. Specjalnie dla obcokrajowców przygotowany został koncert w downtown. Jednak ma się to nijak do naszych polskich szaleństw sylwestrowych. Po północy wszyscy rozeszli się do domów. My jednak nie skończyliśmy zabawy;))))




Ponieważ mamy mnóstwo przygód w tej malutkiej Korei to i tym razem nie obeszło się bez nich:) Tak więc zupełnie niespodziewanie natknęliśmy się na Polaków, w dodatku Polaków z mafii krakowsko-pruszkowskiej albo jakiejś tam, w każdym razie kręcącej brudne interesy z Koreańczykami. Biedni panowe myśleli, że Korea to tylko to, co widzą w downtown, i byli bardzo zawiedzeni jedzeniem, ludźmi i widokami. Ponieważ przez kilka miesięcy trochę żeśmy się dowiedziały o tym kraju to pierwsze godziny nowego roku spędziłyśmy instuując mafię gdzie się bawić w Seoulu, co jeść i co zwiedzać, pisząc po mapie tegoż miasta i zapisując po koreańsku nazwy potraw, żeby panowie nie mieli problemu z ich odnalezieniem w menu;))) Dobry uczynek w nowym roku - niespodziewanie i niedoczekanie;))) Ale co tam, raz żeśmy się szarpnęły - norma wyrobiona;)

Spotkaliśmy też dzielnych panów policjantów patrolujących ulice i jak to zwykle bywa z policjantami, zorganizowaliśmy sobie sesję zdjęciową. Teraz już przynajmniej wiemy dlaczego policjanci noszą odblaski na swoich mundurach - ażeby ukryć ich tożsamość na zdjęciach:))))

PróbowaliśĶy pare razy, z lampą i bez, no i efekt widoczny powyżej - piękne sylwestrowe koreańskie odblaski stróżów porządku;))))

Nie wiem tylko co może oznaczać fakt, że o 12 w południe wywalili nas z hotelu mówiąc, że pokoje są tylko na noc, a nie na dzień i nie pozwalając nam zostać na kolejną dobę. Mówi się, że jaki pierwszy dzień w roku taka i reszta.... Pewnie dlatego Iwonka zmieszała z błotem Koreańczyków z motelu, pewnie dlatego zjedliśmy śniadanie w Burger Kingu i lody w Maku;) I pewnie dlatego przez kolejną godzinę szukaliśmy noclegu;))) Na szczęście wszystko już gra, hotel mamy wypas, wreszcie jakiś Koreańczyk okazał się życzliwy:) To ostatnie jest najlepszym znakiem na kolejny rok kolorowego i pasjonującego życia Oli Floo;)))))
Locations of visitors to this page